Zabawa w teatr

Ta historia zaczęła się dawno, dawno temu; tego dnia, kiedy ojciec przyniósł do domu dwie lalki z teatru – Bora i Gaika. Jeśli pamięć mnie nie myli, a zdarza się jej to coraz częściej, dostał je od swojego kumpla, który nazywał się Król. Dar Króla, szmacianki przedstawiające bohaterów książek Jerzego Michała Czarneckiego, za którymi przepadaliśmy jako dzieci, zamieszkały w rozkładanym, płóciennym domku i brały udział w różnorakich zabawach. Przyznam się nawet, że Bór był pierwszym facetem, którego, jako całkiem mała jeszcze dziewczynka, próbowałam pocałować. I pewnie obaj panowie – dziadek i wnuczek – zakończyliby swój żywot jak większość zabawek – na półce pod kołderką z kurzu, gdyby nie ojciec. Bo ojciec wyjął z półki którąś z przygód Bora i Gaika i na jej podstawie napisał sztukę teatralną, opartą na prostych dialogach. Miałam wtedy, w pierwszych trzech klasach podstawówki, pierwszą najlepszą na świecie przyjaciółkę Darię. Siedziałyśmy razem w ławce, grzeczne i uczesane, z plakietkami wzorowy uczeń przyszytymi do szkolnych fartuszków. Po lekcjach uczyłyśmy się dialogów, a kiedy byłyśmy gotowe – urządziłyśmy, za zgodą naszej ukochanej Pani Małgosi, teatrzyk dla całej klasy. Scena nie była nam potrzebna – wystarczyło na szkolnej ławce ustawić drugą blatem do widowni, zarzucić duże białe prześcieradło, schować się za tą konstrukcją i wcielić się w rolę – ja byłam Borem (no cóż, stare lasy to do dziś moja wielka miłość), a Daria Gaikiem. I takie były początki zabawy w teatr.

Bór

Potem każde lato na Parchowatce miało w sobie element teatralności – od jednoosobowych konkursów piosenki, które trwały kilka dni, przez odgrywanie z rodzeństwem scen z Thorgala („Trzech Władców z Krainy Aran” znaliśmy na pamięć – życie za życie Thorgalu, to odwieczne prawo…) po najprawdziwszą sztukę o świniopasce (autorstwa taty oczywiście), w której moja siostra wypasała (jak najbardziej żywą i prawdziwą) świnkę morską, bracia wcielali się w role szalonego grzybiarza i leśnego złośliwego duszka, a ja, ze względu na moje ówczesne marzenie o sławie, „szłam na tournee” do sąsiadów spędzających wakacje w bacówce bliżej szczytu. Przedstawienie zostało przygotowane specjalnie dla mamy, która całe lato musiała być w pracy. Kostiumy zrobiliśmy z tego, co było pod ręką. Gdzieś w rodzinnych albumach są zdjęcia z tego wydarzenia – spektakl został wystawiony raz, dla trzyosobowej widowni, bo jeszcze dziadkowie się załapali na premierę.

Mieliśmy także zwyczaj organizować spektakle do słuchowisk i bajek muzycznych z płyt winylowych. Tworzyliśmy scenografię, szykowaliśmy kostiumy, a potem ruszaliśmy ustami do tekstu i piosenek puszczanych z płyty. Historia „O Ali Babie i czterdziestu rozbójnikach” została wystawiona w naszym pokoju, a potem, już z wyuczonym na pamięć tekstem, z koleżankami z klasy, podczas jakichś Andrzejek, czy innej okazji. Teatru uczyłam się na Przepatrzowinach Teatrów Regionalnych w Czarnym Dunajcu, na sądeckim Bajdurku i na festiwalu Baltic Satelid z Sejnach. W klasie maturalnej byłam święcie przekonana, że moją drogą jest PWST. Odarł mnie z tego przekonania kolega poeta, który na warsztatach w Grudziądzu zapytał o jakiejś dziwnej godzinie, po całej nocy dywagacji, czy aby na pewno jestem gotowa całe życie pracować pod dyktando reżysera. No i klapa. Na egzaminy nie poszłam, i może dobrze – z „Antygoną”, „Listopadami” Broniewskiego i moją fatalną dykcją raczej bym się nie dostała. Została mi słabość do sceny i przekonanie, że ten teatr kiedyś do mnie wróci.

I wrócił. W czerwcu Miejsko-Gminny Ośrodek Kultury w Piwnicznej-Zdroju ogłosił konkurs realizowany w ramach projektu „Przestrzeń dla twórców – inicjatywy oddolne w Piwnicznej-Zdroju” w ramach programu DomKultury + finansowanego z Narodowego Centrum Kultury Akurat byłyśmy z Olą z Magór i dzieciakami na Festiwalu Tej Ziemi w Parku Etnograficznym w Nowym Sączu. W amfiteatrze dwuosobowa grupa teatralna z Łańcuta pokazywała sztukę sensoryczną dla dzieci „Czas na las”. Wystarczył impuls – a czemu nie teatr z dziećmi? Zgłosiłam wniosek ostatnim rzutem na taśmę, a kiedy kilka dni później okazało się, że nie tylko przeszedł, ale też zebrał najwięcej głosów, pomyślałam – świetnie, teraz napiszę sztukę, zbiorę ekipę i ruszamy.

Kiedy wierzy się w coś bardzo mocno, moc przychodzi z odległych zakątków wszechświata. Siadłam, napisałam, od dwóch tygodni trwają próby, chociaż ekipa jeszcze niekompletna – wciąż szukamy trójki dzieciaków, które chciałyby zagrać w naszym przedstawieniu „W piwniczańskim biomie”. Sztuka oparta jest na lokalnych legendach i godkach, ma sporo tutejszych smaczków, a przy tym nawiązuje to uniwersum MineCraft. Premierę planujemy na 18 października – na łąkach na Magórach, bo to będzie taki teatr wędrowny. Już dziś Was na tę premierę serdecznie zapraszam. I puśćcie wici w nasz mały światek, że wciąż można dołączyć do naszej teatralnej trupy.

Logotypy

Zadanie „Piwniczańskie legendy i podania – spektakl teatralno-muzyczny” realizowane w ramach Projektu Przestrzeń Twórców – inicjatywy oddolne w Piwnicznej-Zdroju II dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach programu Narodowego Centrum Kultury Dom Kultury + Edycja 2026.

Mgok logo zmienione kolory

Opublikowano

w

przez

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *