Utkane z tradycji

Ewa Sowińska przyjechała do Piwnicznej w latach 90. Dzięki pasji, uporowi i miłości do rzemiosła przywróciła Dolinie Popradu tradycyjne tkactwo przestrzenne Czarnych Górali. Dziś zaprasza wszystkich zainteresowanych rękodziełem na czwartkowe spotkania tkaczek w miejskiej bibliotece.

IMG

Rękawice furmańskie, duma regionu, wpisane na Listę Niematerialnego Dziedzictwa UNESCO, otarły się o zapomnienie. A Ty je od tego zapomnienia uratowałaś.

Ewa Sowińska: Zakochałam się dawno temu w rękodziele Michała Nakielskiego, a on był jednym z ostatnich górali, którzy umieli tkać na desce tradycyjne rękawice furmańskie. Po raz pierwszy spotkałam go na jakimś festynie pod Pijalnią Artystyczną i pomyślałam, że to jest właśnie to – prawdziwe, autentyczne rękodzieło, takie, jakie jeszcze można zobaczyć gdzieś w afrykańskich plemionach, bez cepelii, bez naciągania. On to robił z serca i z dziada pradziada. Męczyłam go bardzo długo, żeby mnie nauczył, oglądałam, kupowałam, ale opornie to szło – twierdził, że jak ja z Warszawy, to się nie nauczę. W końcu znalazłam sposób – były setne urodziny Danusi Szaflarskiej, Dolina Popradu przyjechała do teatru, zrobili jej niespodziankę, ona nic o tym nie wiedziała. Przyjechała Janka Janur, więc poprosiłam ją o zorganizowanie warsztatów z Michałem Nakielskim pod pretekstem, że Maria, córka Danuty Szaflarskiej, bardzo by się chciała nauczyć tkać. Warsztaty się odbyły, Maryśka się nauczyła, a przy okazji i ja się w końcu nauczyłam. Myślę, że dla Michała, to też było bardzo fajne. Wiem, że dziewczyny znalazły gdzieś w górach kogoś jeszcze, kto miał tę wiedzę, ale Nakielski był faktycznie ostatnim tkaczem, który aktywnie tkał i wystawiał swoje rękodzieło na różnych jarmarkach.

Tkactwo było stricte męską robotą?

Ewa Sowińska: Przez stulecia, tak. W zimowe wieczory siadali sobie gdzieś panowie na ławeczce, naprawiali zniszczone rękawice, tkali nowe, gadali. Michał początkowo skupował swetry i pruł aby pozyskać wełnę, wcześniej robiło się rękawice z cywek, czyli z końcówek tkackich – jak się odcinało tkaninę z krosna, to wykorzystywało się te resztki. Mężczyźni robili rękawice głównie dla siebie, każdy chłop we wsi miał swoją deskę tkacką. Grzali potem ręce podczas wycinki drzew, furmani praktycznie powozili w nich non stop, wełna owcza nie mokła, rękawice były wtedy bardzo trwałe, twarde, na osnowie z lnianego sznurka – wyłącznie do pracy. Współcześnie robimy miękkie, kolorowe, dziecięce nawet – wnuki mojego brata uwielbiają je do zabaw na śniegu.

Dziś tkają głównie kobiety, często w grupach.

Ewa Sowińska: W każdy czwartek w Bibliotece Publicznej Miasta i Gminy Piwniczna o 16:00 odbywają się spotkania tkackie nieformalnej grupy Drapa Paryja. Grupa zaczęła się od trzech kobiet zafascynowanych tkactwem w 2015 roku i przez te dobre dziesięć lat ładnie się rozrosła – teraz jest na kilkanaście. Spotykamy się, bo każda chce się pochwalić, co zrobiła. Jesteśmy otwarte, uważamy, że ta forma twórczości, jak i każda inna, powinna być dostępna. Nie tylko przez warsztaty, które są czasami organizowane, ale regularnie przez cały rok. Jeśli ktoś chce się nauczyć od podstaw – pokażemy, wytłumaczymy wszystko. Spotykamy się, żeby dzielić się wiedzą. Po tylu latach ma to także fajny wymiar towarzysko-społeczny. Tkaczy się namnożyło, no i bardzo dobrze. Tkanie jest bardzo relaksujące i satysfakcjonujące. Zapraszamy serdecznie! Teraz, w czasie remontu, spotykamy się w różnych lokalizacjach, warto zapytać Panią Monikę w bibliotece.

A skąd taką nazwę piękną wzięłaś? Drapa Paryja.

Ewa Sowińska: Mój sąsiad Tadek, który mi pomagał na początku, jak kupiłam dom, mówił oczywiście gwarą. I ciągle gdzieś ta „drapa” mu się pojawiała i w końcu go pytam, co to ta drapa, a on mi odpowiada, „no taka paryja”. Nazwa ma jednak także swoje odniesienie do tkania – nitka w górę, nitka w dół.

Są różne opinie na temat tego „dzielenia się”, pojawiają się i takie, że powinniśmy w jakiś sposób chronić nasze dziedzictwo kulturowe, nie rozpowszechniać go zbyt obficie. Jak się na to zapatrujesz?

Ewa Sowińska: Chciałabym uczyć nie tylko poprzez warsztaty i spotkania w bibliotece. Moim marzeniem jest zrobić tutorial i wydać książkę, wpuścić tę wiedzę do internetu, ale to musi zostać zaakceptowane przez wszystkich tkaczy. Wiem, że niektórzy są przeciwni takiej formie, a ja nie chcę wychodzić przed szereg. Prawda jest taka, że tkactwo Czarnych Górali jest dosyć trudne, jeśli się go nie zna od podszewki i nawet jak się zobaczy taki tutorial – oczywiste to nie będzie, ale może zachęcić do nauki. Ta wiedza powinna być dostępna, bo jeśli kiedyś najstarsi tkacze odejdą, albo przestaną tkać, to gdzieś w sieci zostanie ślad dla kolejnych pokoleń. W internecie można znaleźć setki tutoriali na druty, szydełko, także w tematyce regionalnej, jak islandzkie czy norweskie swetry, dlaczego więc nie udostępnić światu wiedzy o naszych tradycjach? Miałam kiedyś takie bardzo pozytywne doświadczenie – pokazałam utkane rękawice furmańskie na grupie Prządki na Facebooku, a jedna dziewczyna tak się wkręciła w temat, że przyjechała się nauczyć, a przy okazji nauczyła mnie prząść. Byłam też z rękawicami w Lille we Francji na wystawie tkanin, pokazywałam Francuzom jak się to robi, starałam się promować nasze dziedzictwo kulturowe, ale nie wszystkim się to u nas w regionie spodobało. A prawda jest taka, że czapki, a szczególnie rękawice, robi się w zasadzie na wymiar, sprzedaż w internecie jest tu mocno utrudniona, bo to nie są rozciągliwe produkty. Nie widzę zagrożenia komercjalizacją, to zbyt unikatowa technika i formę.

Tkaczek coraz więcej, a w Piwnicznej nie można kupić rękawic furmańskich. Dlaczego?

Ewa Sowińska: To jest nieporozumienie, że możemy te rękawice i czapki sprzedawać tylko na festynach, że w Piwnicznej, w której są w rynku trzy sklepiki z pamiątkami produkowanymi w Chinach, nie ma lokalnego rękodzieła. Właściciele tych sklepów nie chcę przyjąć rękawic do sprzedaży, bo za drogie, bo się nie opłaca. A przecież jest to jedyna rzecz wytwarzana w naszym regionie, która jest autentyczna. Tak, zgadzam się, że to nie są tanie rzeczy – wymagają dużo skupienia, pracy i czasu, ale teraz wraca zainteresowanie rękodziełem ludowym, a Piwniczna przyjazna turystom powinna też być przyjazna twórcom ludowym.

No tak, fortuny na tym nie zbijesz…

Ewa Sowińska: Rękodzieło to pasja, rzadko sposób na życie. Fajna rzecz na prezent. Jasne, te rzeczy sprzedają się na jarmarkach, targach w różnych większych miastach, ale nikt z nas się nie łudzi, że z tego można wyżyć. Marzy mi się stworzenie miejsca, w którym można by robić warsztaty codziennie. Miejsce otwarte dla miejscowych i turystów, w którym będą narzędzia i przybory tkackie, do którego w określonych godzinach (mogłybyśmy mieć na zmianę dyżury) każdy mógł wpaść i za kilka złotych spróbować swoich sił pod okiem instruktora. Badałam kiedyś zasięg i rozwój rękawic furmańskich i dowiedziałam się, że Czesi też tkają takie rękawice. Trafiłam do muzeum w Priborze – Centrum Technik Tradycyjnych. To olbrzymie muzeum w małym miasteczku, w dawnym klasztorze ojców Pijarów. Pojechałam do nich, wszystko mi pokazali, oprowadzili. We czwartki w ramach biletu wstępu każdy ma możliwość spróbowania pracy z wrzecionem, na kołowrotku, samego tkania, a co dwa lata organizowane są zjazdy prządek. Poznałam tam mnóstwo Czeszek, Słowaczek – w Priborze to środowisko tkackie jest bardzo żywe, otwarte na dzielenie się wiedzą. Warto by było takie miejsce stworzyć w Piwnicznej. Potrzebny nam jest tylko lokal, bo zapału, chęci i pomysłów nam nie brakuje. Myślę, że to przyciągnęłoby, zainteresowało turystów i kuracjuszy.

Czy zawodowo też jesteś związana z jakąś formą twórczości?

Ewa Sowińska: Pracowałam jako kostiumolog i scenograf, od dziecka umiałam robić na drutach, ale nie jest to moja pasja. Skończyłam architekturę. Pieniądze zaczęłam zarabiać w IKEI, i dzięki temu mam teraz emeryturę. Przez 10 lat pracowałam stacjonarnie, potem otwierałam kolejne sklepy w Chinach, Kanadzie, Rumunii, Holandii, Francji i w Rosji – świetne biuro podróży, dobra szkoła życia i przegląd ludzkich charakterów. Teraz już święty spokój, z tym, że ja mam tak, że ciągle szukam nowych aktywności, a jak nie znajdę czegoś nowego, to jestem chora. Obecnie jestem w fazie ogród. Tkactwo to bardzo zimowe zajęcie, mam duże krosno, które już czeka na długie jesienne wieczory. Sama przędę wełnę, mam sporo zgręplowanej, która też cierpliwie czeka na mnie, ale na razie, póki lato, nie mogę usiedzieć spokojnie na tyłku.

Jak trafiłaś z Warszawy do Piwnicznej?

Ewa Sowińska: Przyjechałam do Piwnicznej w połowie lat. 90. Początkowo wynajmowałam ze znajomym chałupę na Zaczerczyku za całe 300 złotych rocznie, zastanawialiśmy się czy jej nie kupić na spółę, ale się zagapiliśmy i ktoś nas podkupił. W międzyczasie zaprzyjaźniłą się z sąsiadami Kożuchami, i w końcu za ich namową kupiłam dom po babci. Wyremontowałam i mieszkam w nim od 1999 – początkowo przyjeżdzało się tylko sezonowo na święta, na Sylwestra, a teraz, kiedy jestem na emeryturze spędzam tu większą część roku, tylko na zimę zjeżdżam do Warszawy. Mój dom jest tutaj, czuję, że tu przynależę. Jestem góralką z wyboru.


Opublikowano

w

przez

Tagi:

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *