Teresa z Doliny Kokoszy


Zawsze ją nosiło – po Polsce, po świecie, po najróżniejszych zawodowych ścieżkach. Teraz na dłuższą chwilę przysiadła w jednym miejscu, a jeśli lata – to głównie po górach, polując na najpiękniejsze wschody słońca. Ekspresyjna, inspirująca, niezwykle elokwentna – Piwniczanka Teresa Ortyl jest jedną z trzech twórczyń wystawy „Muszka w Bursztynie” poświęconej ilustracjom Witolda Chomicza do dwóch wręcz kultowych dla naszego regionu książek – „Rogasia z Doliny Roztoki” i „Szkoły nad obłokami”.

Upload (1)

Zawsze Cię tak nosiło?

Teresa Ortyl: Moja mama powiedziała kiedyś, że uprawiam turystykę pracowniczą. Zaczęło się, kiedy skończyłam liceum o profilu społeczno-socjalnym w Starym Sączu i chciałam iść na studia. Na maturze zdawałam biologię, bo zawsze mnie bardzo interesowała i studiować też chciałam na tym kierunku. Chciałam iść na UJ, a to były czasy, kiedy jeszcze zdawało się egzaminy wstępne na studia, i bardzo źle to wspominam – przyjechałam spóźniona do Krakowa, nie mogłam znaleźć właściwego wydziału, napotkani ludzie byli jacyś tacy niemili, mało pomocni, sala, jak ją w końcu znalazłam – mroczna, ciemna i przygnębiająca jak śmierć, zero interakcji między ludźmi, sztywna atmosfera, po egzaminach wszyscy się rozeszli w swoje strony.
Kiedy pojechałam na egzamin do Lublina, trafiłam na piękną pogodę, od razu poznałam fajnych ludzi, mój odbiór tego miasta był zupełnie inny. Dostałam się bez problemu do Lublina na kierunek nauki o rodzinie, gdzie był typowo humanistyczny egzamin, dużo filozofii, lektur do przeczytania,
a w Krakowie na biologię przyjęli mnie z listy rezerwowej. Zdecydowałam się na Lublin, UJ mnie odstraszył. Moim marzeniem wtedy była w ogóle psychologia, ale wtedy było po ok. 26 osób na jedno miejsce, więc ostatecznie jako drugi kierunek wybrałam socjologię. Kończąc studia złożyłam podanie o pracę do MGOKu w Piwnicznej i jak tylko się obroniłam – wróciłam do siebie i na czekający na mnie staż. Przepracowałam ponad rok, potem byłam rok na projekcie w Chorwacji, trzy miesiące w Anglii, pracowałam w najróżniejszych pracach dorywczych, łącznie z objazdowym teatrem lalkowym, następnie trafiłam do CKIS w Starym Sączu, prowadziłam własną działalność, prawie dwa lata przepracowałam na recepcji w Perle Południa w Rytrze, potem znów Piwnicznej, a trzy lata temu trafiłam do Sądeckiego Parku Etnograficznego w Nowym Sączu i tu się zakotwiczyłam – to moje do tej pory najdłuższe zatrudnienie w jednym miejscu. Jeśli popatrzę na to statystycznie, to wychodzi, że prawie co rok zmieniałam pracę.

Po zawodowej drabinie wspięłaś się na najwyższe stanowisko – w Sądeckim Parku Etnograficznym pełnisz funkcję kierowniczki. Jak się odnajdujesz w tej roli?

Teresa Ortyl: Pracując w bardzo różnych miejscach miałam okazję bliżej przyjrzeć się różnym sposobom funkcjonowania ludzi w pracy, w określonych strukturach. Teraz, gdy jestem kierowniczką widzę, że dużo mojej energii idzie w buforowanie emocji innych ludzi. Czasami pracownik czymś się zirytuje, przychodzi z tym do kierownika, a jak muszę to przyjąć, rozładować. To zarządzanie zespołem, praca z ludźmi jest chyba dla mnie najtrudniejsza,
z jednej strony daje sporo satysfakcji, ale z drugiej jest zdecydowanie najbardziej wymagająca. Tu, tak jak w macierzyństwie, nie ma instrukcji obsługi, nie ma też idealnego momentu, w którym można by powiedzieć, tak, teraz jestem gotowa na stanowisko kierownicze, teraz już będzie wszystko super. Formalne wyzwania i dokumentacje są zawsze do ogarnięcia – ludzkie emocje, schematy, indywidualizm już niekoniecznie. Ta praca jest trochę jak wchodzenie pod ostrą górę – zmęczenie, monotonia, ale i satysfakcja, gdy nagle jesteś na szczycie. Zawsze gdy przyjmujesz nową rolę, musisz się przestawić na inny poziom i sporo po drodze nauczyć. To duży przeskok. Wiele rzeczy, na które wcześniej nie zwracałam uwagi i w których sama byłam niefrasobliwa albo mnie śmieszyły, zmieniły się z perspektywy odpowiedzialnego stanowiska kierowniczego.

Robisz piękne, ważne dla naszego regionu rzeczy, ale ta miłość nie zawsze chyba była taka oczywista?

Teresa Ortyl: Na etapie szkoły i studiów myślałam żeby wyjechać z granicę, bardzo mi się podobała idea usamodzielnienia i zarabiania własnych pieniędzy – chciałam stąd uciec i wcale wtedy nie uważałam, że to miejsce jest jakieś wyjątkowe, moje, że będę tęsknić. Fascynował mnie świat, tyle jest przecież krajów, mórz i oceanów, tyle do odkrycia, gnało mnie w nieznane, nie widziałam zupełnie sensu siedzenia w jednym miejscu. Jednak będąc
w innych miejscach odkryłam, że wyjeżdżając wszędzie zabieramy ze sobą… siebie i czasami to jest największa kula u nogi; a przede wszystkim, że nie ważne, jak piękne są inne miejsca – w nich też trzeba robić te wszystkie prozaiczne rzeczy, które tworzą codzienność. Nie wyjechałam na stałe, bo szybko się połapałam, że jak to się mówi na wsi – nigdzie na płotach kiełbasa nie wisi – życie nie staje się prostsze tylko dlatego, że zmieniłaś adres.
O dziwo często jest tak, że dopiero kiedy wyjeżdżamy, to czujemy gdzie tak naprawdę mamy korzenie. Wróciłam ze studiów do Piwnicznej z zapałem neofity – patrzyłam na moje rodzinne strony, jakbym widziała je po raz pierwszy w życiu, zapragnęłam lepiej poznać te tereny.

Jeszcze w Lublinie często brałam udział w darmowych oprowadzaniach, wykładach historycznych i nagle się zorientowałam, że wiem o tym mieście i regionie więcej niż o swoim własnym. Było też takie zdarzenie – poszłam na seans filmowy „Inny świat” i dopiero się wtedy dowiedziałam, że tam główną rolę grała Danuta Szaflarska, która urodziła się w Kosarzyskach. Na studiach spotykałam się również często z sytuacją, że Lublinianie wspominali swoje wczasy pracownicze w Rytrze, w Piwnicznej, mówili o wodzie w Młodowie, o wyprawach na Eliaszówkę – uświadomiłam sobie wtedy, że ja na tej Eliaszówce nigdy nie byłam. Znałam pasmo Jaworzyny Krynickiej, ale pasmo Radziejowej już niekoniecznie.

Teresa Ortyl Wschód Słońca

I zaczęłaś chodzić po górach…

Teresa Ortyl: Tak, jak wróciłam jako właściwie obca osoba, zaczęłam od nowa poznawać Piwniczną, i choć potem sporo wyjeżdżałam – nauczyłam się wykorzystywać wszystko, co dane miejsce miało do zaoferowania. To mi zostało i to chyba właśnie jest taka moja filozofia życiowa – gdziekolwiek jesteś, to się nie obrażaj, że jesteś w tym a nie innym miejscu, że Piwniczna to nie Nowy Jork, więc będę teraz siedzieć w kącie i płakać. Tu się nam las wali na głowy, jest dostęp do natury, jest woda mineralna – uważam, że należy z tego korzystać. Miałam idealne warunki po powrocie, bo praca w MGOKu wymagała ode mnie nadrobienia pewnych zaległości w wiedzy o regionie. To był intensywny czas nauki, na pewnym etapie bardzo polubiłam czytanie, głównie biografie, klasykę, literaturę naukową, przewodniki, opracowania etnograficzne. No i w końcu poszłam na Eliaszówkę – a ja mam tak, że jak coś mi się spodoba, to robię to do upadłego – mogę słuchać jednej piosenki bez przerwy, aż mi się doszczętnie znudzi, więc jak już odkryłam piękno Eliaszówki, to potem chodziłam tam trzy razy w miesiącu przez trzy miesiące. Tak samo było z Wysoką – odkryłam wejście od strony słowackiej
i tam najczęściej chodzę na wschody słońca. W górach cenię sobie ciszę, a Wysoka to mi zapewnia. Wschody słońca są w górach bardzo różne – każdy szczyt daje inne doświadczenie, a przy tym wysiłek, który musisz ponieść, żeby tam wejść, koktajl hormonów, wibrujące endorfiny, to daje świetnego powera. Przyroda, las i góry to złoto Doliny Popradu.

Teresa Ortyl podczas warsztatów w Chatce Magóry
490020555 28942184088759314 5751517393690353486 n

Kiedy zrodziła się Twoja fascynacja „Szkołą nad obłokami”?

Teresa Ortyl: Chciałam poznać własne podwórko i zaczęłam od pomysłu stworzenia wzornika regionalnego – bo o to często ludzie pytają – szukają wzorów do rzeźbień, haftów czy grafik. W innych częściach Polski – takie Kaszuby, Łowicz, czy sąsiednie Podhale – mają tego pełno, a u nas nie było. Góry to nie tylko parzenice. Piwniczańskie wzornictwo okazało się jednak trudne do skatalogowania, ze względu na takie specyficzne „szklane bariery” w naszym regionie… Zaczęłam swoją znajomość z panem Edwardem Grucelą, on mi narysował parę wzorów, a ja się przy okazji dowiedziałam, że był pierwowzorem dla postaci nauczyciela ze „Szkoły nad Obłokami” Marii Kownackiej i już w dorosłym zupełnie życiu, bardziej świadomie przeczytałam tę książkę. Kojarzyłam ją wcześniej, ale bardziej z ilustracjami Jana Marcina Szancera. Wtedy niezawodna Pani Monika z biblioteki, która ma ogromną wiedzę o regionie, podsunęła mi wcześniejsze wydanie z ilustracjami Witolda Chomicza – i to był strzał w dziesiątkę, bo to gotowy katalog z wzorami regionalnymi – te finaliki, bordiury, rozety, to było dokładnie to, czego szukałam, chociaż oczywiście nie dało się uniknąć krytyki i wątpliwości lokalnych regionalistów. Jeśli jesteśmy w stanie odpuścić czystość etnograficzną, podejść do tego jako do inspiracji – jest to genialne źródło. Chomicz miał świetne oko, które pozwalało mu stworzyć wzory pozbawione tandetności – czy skrome czy bogate, zawsze stylowe. Powinniśmy naprawdę śmielej
z tych wzorów.

Z Rogasiem było inaczej, bo te ilustracje wcale nie wydawały mi się aż takie dobre. Inne dzieła Chomicza – witraże, znaczki pocztowe, cykl dotyczący wierzeń słowiańskich, plakaty z mocną socjalistyczną kreską są znacznie lepsze – coś mi tu nie grało, drażniło mnie. Po długim czasie trafiłam na pamiątki w Izbie Pamięci Marii Kownackiej, zdigitalizowany zeszyt pełen wspomnień z wakacji w Rytrze i trochę się wyjaśniło. Zrozumiałam, że tym ilustracjom bardzo dużo zabrał druk, że one są naprawdę dobre, tyle, że utrzymane w konwencji malarskiej dziecka. Chomicz chciał, żeby Rogaś był miły, miękki i radosny – pisał o tym wprost w listach do Kownackiej, a „Szkoła” z założenia miała być surowa – zadymka, świst wiatru, monochromatyzm. Pisał o tym, o tych różnicach stylu ilustracji, w swoim opracowaniu nasz etnograf Piotr Kulig – my na list trafiliśmy rok później, intencja Chomicza była więc bardzo czytelna.

Od zainteresowania ilustracją, fabułą, przeszłam do relacji łączącej Chomicza i Kownacką – dużej życzliwości, spójności poglądów, choćby dotyczących ochrony przyrody. Kownacka walczyła o ryterski potok, z którego pozyskiwano kamień, pisała eseje do prasy, donosy – taka pionierka ruchu ekologicznego, ale też trzeba pamiętać, że była bardzo znana, rozpoznawalna i ekscentryczna. Była jedną z najlepiej zarabiających pisarek dla dzieci swoich czasów, dziś można by powiedzieć – prawdziwa influencerka. Chomicz był dla kontrastu bardzo elegancki, dystyngowany, należał do Rycerskiego Klubu Książki, a że młodszy – z listów wyziera protekcjonalny ton Kownackiej. Ta relacja skończyła się zerwaniem kontaktów, obarczonym dużymi pretensjami i rozżaleniem – ilustracje Chomicza dość szybko zostały zastąpione ilustracjami Szancera i Grabińskiego, stąd te pierwsze wydania są dziś trudno dostępne. Narzuciła to polityka wydawnictwa – dla Chomicza trudna do zaakceptowania, co nie zmienia faktu, że nie można mu odmawiać współautorstwa, czy choćby zaangażowania w redakcję tych książek.

Chomicz Rogaś
Witold Chomicz – ilustracja do „Rogasia z Doliny Roztoki”

Wystawa „Muszka w bursztynie” poświęcona ilustracjom Witolda Chomicza i jego relacji z Marią Kownacką, którą do 31 stycznia można oglądać w Muzeum Ziemi Sądeckiej, to takie Twoje długo wyczekiwane dziecko…

Teresa Ortyl: Moje, Ani Florek i Justyny Stasiek-Harabin. Praca nad tą wystawą była zejściem z chmur na ziemię. Pierwszy wniosek dotyczący tej wystawy składałam w Piwnicznej – nie przeszedł, więc temat zabrałam do Sącza, i tak naprawdę w Sączu to miało większy sens. Odpowiednia sala, postać Ziyada, właściciela kolekcji ilustracji Chomicza, któremu zależało na miejscu bardziej reprezentatywnym, lepsze warunki wystawiennicze, konserwatorski, odpowiedni etalaż, żeby to wystawić – wszystko ma znaczenie. W całym procesie organizowania tej wystawy bardzo dużą zasługę ma Pani Magda Laskowska z Muzeum Narodowego w Krakowie, która, po pierwszym telefonie przekierowała mnie od razu do Ziyada. Napisałam e-mail, choć na początku naprawdę nie wierzyłam, że ktokolwiek się w tej sprawie odezwie, bo jakaś dziewczyna z Piwnicznej chce robić wystawę. Ku mojemu zdziwieniu już nazajutrz odebrałam nie e-mail, a telefon… od samego mecenasa Ziyada Raoofa, który zaprosił mnie do Dworu w Tomaszowicach. Otwartość tych dwóch osób była wspaniała. Następnie udało się pozyskać z Urzędu Marszałkowskiego środki na przeprowadzenie inwentaryzacji ilustracji Chomicza. Inwentaryzacja była konieczna, bo materiał nie stanowił zwartej kolekcji, część Chomicz wykorzystywał przy pracy ze studentami, część trzymał w teczkach z materiałami do artykułów, część w zbiorach z regionów. Od tego pierwszego telefonu od Ziyada minęło siedem lat. Przygotowując wystawę wybrałyśmy najciekawsze prace nie pomijając oczywiście warunków wystawienniczych, którymi dysponuje Muzeum. Udało się na początek wystawy przygotować katalog, co rzadko się zdarza, ale w tym wypadku, zamówione eseje wszyscy oddali w terminie. Na sam koniec
w Muzeum zostały formalności, papiery i żmudna praca organizacyjna, wykonanie których było możliwe dzięki zaangażowaniu pracowników różnych działów. Myślę, że w efekcie wyszła nam naprawdę dobra wystawa.

Teresa Ortyl Muzeum Ziemi Sadeckiej wernisaz
Teresa Ortyl podczas wernisażu wystawy „Muszka w bursztynie”. Fot. Piotr Droździk

Siedem lat to szmat czasu. Uparta jesteś. Nie poddałaś się.

Teresa Ortyl: Żyjemy w świecie „idealnym”, wykreowanym przez tiktoka i instagrama, a prawdziwy sukces to jednak znój, trud i ciężka praca. Nic się nie dzieje samo w magiczny sposób. My dopiero za trzecim razem dostaliśmy grant z ministerstwa na tę wystawę. Nie zgadzam się z powiedzeniem, że do trzech razy sztuka. Nie można się poddawać, trzeba cisnąć do skutku! Upór w dążeniu do celu przeważnie się opłaci.

Odnoszę wrażenie, że dużo rzeczy, które dzieją się u nas a regionie, jest robiona w takim jakby zamkniętym, hermetycznym kręgu. Nie dopuszcza się osób z zewnątrz do procesu tworzenia, kreacji, ale wymaga się, by odbiorcą był cały świat. Ten region tak naprawdę najwięcej zyskiwał, kiedy przyjeżdżali tu ludzie z zewnątrz, z daleka – widzieli co szczególnego mamy, zasysali energię z innych miejsc, ale inwestowali ją tutaj. Kownacka sama
o tym pisała bardzo otwarcie – dostawała listy o Rogasiu od dzieci z całej Polski, a pierwszy stąd przyszedł dopiero trzy lata po wydaniu książki. Ubolewała, „Nie potrafiłam widocznie rozbudzić regionalnych ambicji, a przyznam, że mi na tym bardzo zależało i ten brak oddźwięku ze strony (sądeckich) dzieci uważam za swoją porażkę. A u nas niektórzy kipieli z oburzenia, że to obca osoba, a o nas napisała, że pomieszała fakty, że to wszystko nie tak jak być powinno, pomyliła imiona, o kimś zapomniała.

Lubię patrzeć na nasz region z lotu ptaka – nie mam głowy do szczegółów, ale widzę większy obraz. Nie zamykajmy się w swojej lokalności.

Wystawę „Muszka w bursztynie” można oglądać w Muzeum Ziemi Sądeckiej w Nowym Sączu (ul. Jagiellońska 56) do 31 stycznia 2027, od wtorku do niedzieli w godzinach od 10:00 do 17:00. W każdą niedzielę wejście bezpłatne.

Plakat

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *