Tam, gdzie o świcie pod okna podchodzą jelenie. Zworna Chata otwiera drzwi dla Gości.

Natalia Starzyk, gospodyni Zwornej Chaty

Historia jak z pięknego, romantycznego filmu – dziewczyna kupuje starą chatę w górach, wkłada w nią całe serce, remontuje, maluje, odnawia, mebluje i w końcu otwiera szeroko drzwi dla Gości. Pod dom o świcie podchodzą jelenie, w dole kojąco szumi strumień, kawa na tarasie z widokiem na ścianę zieleni smakuje lepiej niż w paryskiej kawiarni. Dojechać można tylko terenówką i nie trafią tu raczej przypadkowi turyści. Wiemy, że w życiu rzadko jest jak w filmie, a jednak Natalii udało się dogonić swoje marzenia. Zworna Chata przyjmuje już pierwszych gości.

Jak się to wszystko zaczęło?

Kupiłam stary dom w górach 7 lat temu do spółki z bratem. Według rzeźbienia na belce na 112 lat. Od początku chciałam stworzyć miejsce, w którym mogłabym przyjmować turystów. Inspiracją była dla mnie Chata Magóry, którą prowadzi moja siostra z mężem. Przyjeżdżałam do nich pomagać niemalże w każdy weekend, pracując w tygodniu w Krakowie. W pewnym momencie zaczęłam szukać swojego miejsca, głównie w internecie, ale udało się dopiero, kiedy w poszukiwania zaangażował się w nasz tutejszy sąsiad – Janek z Polanki. Janek w każdą niedzielę bojcy z chłopami pod kościołem i zna wszystkie wiejskie plotki. To on mi znalazł starą chatę na Zworze, ale kiedy przyszliśmy ją pierwszy raz oglądać, miejsce wydało nam się ohydne. Był listopad, paskudnie, dom był w zasadzie piękną ruiną z dostrzegalnym potencjałem. Do zakupu doszło dopiero w czerwcu. 

Chata
Tak było – ponad stuletni dom na Zworze.
Zworna chata
Tak jest – Zworna Chata czeka na Gości.

Zworna Chata jest gotowa na przyjmowanie gości. Jak wyglądały prace remontowe?

Za remont zabraliśmy się od razu. Byłam nakręcona, wpadłam w wir sprzątania, wydarliśmy pół ściany, żeby wstawić większe okna, zdemontowaliśmy starą boazerię, zdzieraliśmy kolejne warstwy dykty i tynku ze ścian, żeby dostać się do surowego bala. Drewno na szczęście, pod tymi wszystkimi warstwami, okazało się zdrowe, a w jednym miejscu, gdzie przy ziemi było przegnite, wyczyściliśmy cały fragment, wstawiliśmy pustaki i dobrze zaizolowaliśmy. Wykopaliśmy studnię. Po dwóch latach można już było tak z grubsza zamieszkać. Wywieźliśmy też stąd jakieś kosmiczne ilości śmieci – na samym początku trzy wielkie przyczepy śmieci po poprzednich właścicielach, a niedawno jeszcze cztery przyczepy śmieci i trzy przyczepy złomu.  

Chata na Zworze
Początki Zwornej Chaty – wszystko do remontu.
Zworna Chata nabiera nowych kolorów i kształtów.
Zworna Chata nabiera nowych kolorów i kształtów.

Stare domy lubią zaskakiwać, niekoniecznie pozytywnie… Wszystko robiłaś własnymi rękami?

Ogromną większość zrobiliśmy sami z bratem, bardzo dużo pomógł nam tata, który jest budowlańcem – postawił piec, zbudował nowy komin, pomógł dwa lata temu przy wymianie wszystkich podłóg, a trzeba było robić nowe wylewki betonowe, zrywać linoleum, wymieniać wszystkie spróchniałe deski, przez które myszy do domu wchodziły. Było takie jedno wyjątkowo mysie lato, że mi biegały wszędzie w biały dzień; wszystko zżerały – mydło, kroki od zlewu, nawet karteczki z opisami produktów naklejone na słoikach. Jedną unieszkodliwiłam drewnianą łyżką, z resztą uporała się nasza kotka. Musieliśmy też dobudować fundamenty pod wiszący w powietrzu róg stodoły, która została gruntownie przebudowana, wyremontowana i czeka na turystów. 

Uratowałam kilka pięknych drewnianych mebli porzuconych w stodole, odrestaurowałam, odmalowałam, wyrzuciłam te brzydkie ze sklejki. W jednej szafce znalazłam ogromne, na szczęście opuszczone, gniazdo os. Drogę dojazdową też utwardzaliśmy sami, nosząc kamienie z lasu w czasie covidu i mozolnie układając jeden obok drugiego. Ekipę zamawialiśmy tylko do elektryki i hydrauliki. Brat w pewnym momencie wybrał inną drogę, założył swoją firmę, a ja zostałam w chacie. Samodzielnie zrobiłam także glinę na ścianach, chociaż nie, nie sama, bo towarzyszyły mi gliniarze naścienne, owady, które z gliny robią otoczki dla swoich larw. Przylatywały, podkradały mi glinę i tak sobie razem budowaliśmy. 

Przyroda dosłownie wchodzi Ci do domu 🙂

Jelenie podchodzą tak blisko, że nocami włączają mi światła na fotokomórkę. Można siedzieć na tarasie, robić im zdjęcia, a one przeżuwają trawę ze stoickim spokojem. Są niewzruszone.

młody jelonek na Zwornej Łące

Remonty nie są tanie, zapytam wprost – skąd wzięłaś fundusze?

Po trzech latach od zakupu Chaty wyjechałam do pracy na Islandię. Bez tego nie byłoby szans. Pracowałam jako kelnerka w małej wiosce nad oceanem przez trzy i pół roku, z przerwami, w których wracałam do siebie na Zwór. Bywało ciężko, szczególnie zimą, kiedy słońce nie przechodziło na drugą stronę pobliskich gór i przez dwa miesiące panował mrok. W dni, kiedy niebo było bezchmurne, szłam do pracy na 10:00 rano w całkowitych ciemnościach, koło południa robiło się jasno, a trzy godziny później zapadała noc. Brak słońca jest trudny. Zimą na Islandii występują najgorsze sztormy i wieje tak mocno, że chociaż do pracy miałam pięć minut piechotą – czasami musiałam jeździć samochodem. Zdarza się, że wiatr może zepchnąć pojazd z drogi. Starsi Islandczycy nie znają angielskiego, a islandzki jest dla Polaków bardzo trudny, zdołałam nauczyć się go na tyle, żeby nie powodować oburzenia klientów i płynnie przyjmować zamówienia.

Czym zajmowałaś się zawodowo zanim wyjechałaś na Islandię?

Do dziś czasem się śmieję, że chciałam być wielkim naukowcem i robić wspaniałe rzeczy, a potem się okazało, że wywalanie końskiego łajna przynosi mi więcej radości. Bycie na zewnątrz, bycie w zieleni, prosta, podstawowa, niezbędna praca, której efekty widać od razu, to praca, która ma dla mnie sens. A ja, jako doktor nauk biologicznych, przesiadywałam całymi dniami w Instytucie Systematyki i Ewolucji Zwierząt PAN-u i badałam kraby jurajskie. Zawsze mnie fascynowała przyroda i jej badanie wydawało mi się najbardziej sensowne. Środowisko naukowe okazało się dla mnie mocno frustrujące, tak jak wszystkie hermetyczne twory, męczyło mnie miasto – pracowałam przy samym rynku na Sławkowskiej obserwując codzienne tłumy ludzi, zimą bałam się oddychać w krakowskim smogu. Nie było tam dla mnie szczęścia. Będąc naukowcem zrozumiałam, że żeby być w Naturze i naprawdę ją zrozumieć, warto jest wiedzieć, na co się patrzy. Jest bardzo dużo ludzi, którzy kochają przyrodę, ale tak naprawdę nie mają o niej zielonego pojęcia i nieświadomie robią jej dużo krzywdy. Nie żałuję drogi, którą przeszłam – studiowanie przyrody było fascynujące, ale nie jest to moje powołanie. Ja chcę być integralną częścią tego mikrokosmosu, w którym żyję. 

Co oferuje Zworna Chata?

Początkowo plan był taki, żeby postawić wspólną kuchnię i łazienkę oraz pokoje do wynajęcia – dwa na dole i cztery na górze, na strychu. Pomysł naturalnie ewoluował, bo strych okazał się bardzo niski, a podnoszenie go i dodatkowa wymiana dachu to na ten moment za duży koszt. Stworzyliśmy więc mieszkanie do wynajęcia na wyłączność dla maksymalnie sześciu osób, są trzy podwójne łóżka, łazienka z kabiną prysznicową, dobrze wyposażona kuchnia i przestronna jadalnia z wyjściem na taras. Chata gwarantuje ciszę, spokój z dala od ludzi i wypoczynek w naturze. Do zielonego szlaku na Eliaszówkę jest od nas 25 minut spacerem, można więc także wybrać się na górską wędrówkę. 

Czy gdybyś wiedziała ile czasu, pieniędzy i nakładu pracy będzie Cię kosztowało to miejsce – weszłabyś w to jeszcze raz?

Tak. Bez zastanowienia. Zawsze chciałam mieć stary dom, więc chyba liczyłam się ze wszystkimi trudnościami, które mnie czekają. Chociaż, jak teraz tak patrzę na zdjęcia, to trudno mi uwierzyć, jak to wszystko pierwotnie wyglądało. Było kiedyś takie lato, kiedy siedziałam tu zupełnie sama, woda mi się skończyła i przez miesiąc woziłam ją ze strumienia w baniakach na taczce, zainstalowałam turystyczny natrysk – niezła szkoła przetrwania. Teraz mamy wodę spływającą grawitacyjnie, można wziąć prysznic, zrobić pranie. Zimą nie wyjeżdżam pod dom, zostawiam samochód na dole, idę piechotą. Tu jestem u siebie – zmęczona, ale szczęśliwa. Mogę powolutku ogarniać podwórko, warzyć kraftowe piwo i cydry, tkać rękawice furmańskie, robić islandzkie swetry na drutach i przyjmować gości.

Header

Komentarze

Jedna odpowiedź na “Tam, gdzie o świcie pod okna podchodzą jelenie. Zworna Chata otwiera drzwi dla Gości.”

  1. Awatar Robert Matuszczak
    Robert Matuszczak

    Hej , ogromne gratulacje…wiesz ,że znałem ten dom zanim go kupiłaś…wszystkiego dobrego!!!!! Podziwiam!!!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *