Kultura skrojona na miarę

Nietuzinkowa pasja, nietuzinkowy człowiek – Tomasz Łomnicki, który od kilku lat mieszka w Kosarzyskach, zajmuje się krawiectwem rekonstrukcyjnym. Ma ogromną wiedzę historyczną, wizje i nowatorskie pomysły – od nadpopradzkiej linii modowej po festiwal reggae religijnego, ale, jak sam mówi – „tylko szyje gacie”. Niedawno pomagał przy tworzeniu gry karcianej „Od Bacy Do Knopa” – tak trafiłam na jego trop. Przy kawie na tarasie Pijalni Artystycznej rozmawiamy o sile kultury regionalnej, stereotypach i potencjale Doliny Popradu.

718390855 1638187224411536 7312741586906585017 n

Tutejszy, czy przyjezdny?

Raczej tutejszy. Mój tata pochodzi z Kosarzysk, ja większość młodych lat mieszkałem z rodzicami w Barcicach, a mama można powiedzieć, że jest z Rytra. To moje tereny, cała moja rodzina mieszka w Piwnicznej – kuzyni, ciotki, wujowie – mieszkając w Barcicach nie miałem tam żadnej bliskiej rodziny. Wszystkie te tereny dobrze znam. Tu chciałem wrócić, zamieszkać na Kosarzyskach. Od trzech lat wynajmuję dom, ale docelowo chcę postawić własny. W międzyczasie mieszkałem też kilka lat w Krakowie i w Łodzi.

Duże miasto i studia? To taki chyba najbardziej powszechny scenariusz…

Zawsze mnie denerwowało, jak to jest ułożone. Jako dzieciak mieszkający w Barcicach, chciałem stąd uciec, jak każdy normalny młody człowiek, bo przecież tu żadnych większych perspektyw nie ma na Sądecczyźnie. Jeśli twoja ścieżka kariery to Konspol, Fakro, Wiśniowski lub inna duża firma w regionie, to jeszcze ok. A jak chcesz się wykształcić, robić coś innego – nie masz wyjścia musisz wyjechać do większego miasta. Kraków jest tu pierwszym, naturalnym wyborem. Nie ma wtedy znaczenia czy ci się w mieście podoba czy nie, musisz tam mieszkać i pracować, bo trzeba iść na pracą. Studiowałem historię na UJ w Krakowie, potem wyprowadziłem się do Łodzi, gdzie moja narzeczona studiowała wzornictwo i architekturę, po pięciu latach wróciliśmy do Krakowa. Pandemia przyniosła mi idealne rozwiązanie – pracę zdalną. Zaryzykowaliśmy, przenieśliśmy się w Dolinę Popradu, praca tym razem poszła za mną. Musiałem potem jeszcze trochę powalczyć w firmie, żeby tak już zostało i chyba na ten moment jestem jedynym pracownikiem w firmie, który zachował te przywileje. Dla mnie to był absolutny priorytet, jakby mnie zwolnili, to bym nawet i do Biedronki poszedł pracować, byle zostać tu, a nie w mieście. Jestem Project Owner’em w firmie IT, zarządzam zespołem programistów, decyduję o kryzysowych sytuacjach, rozwiązuję problemy. Zdalnie. Najbardziej cenię sobie święty spokój i tu go mam.

Fot Izabela Kulig web

Skąd się wzięła Twoja fascynacja krawiectwem i rekonstrukcjami historycznymi? To bardzo oryginalne, rzadko spotykane hobby.

Historia fascynowała mnie od dziecka. Moje wczesne nastoletnie lata wypadły w czasach premiery filmu „Ogniem i Mieczem”. „Potop” i „Pana Wołodyjowskiego” oglądałem wcześniej z tatą, który jest z zawodu stolarzem – miałem więc cały zestaw drewnianych szabli i mieczy. Tata miał rozległą wiedzę, lubił historię, dużo mi opowiadał. Rodzice kupili mi pewnego dnia „Trylogię” – przeczytałem ją całą trzynaście razy. Ależ byłem na to zajawiony. Ta epoka mnie zafascynowała. Potem dowiedziałem się o rekonstrukcjach historycznych, w Krakowie na studiach poznałem różnych ludzi, grałem też w gry RPG, a to były takie trochę połączone światy. Założyliśmy Stowarzyszenie Pospolite Ruszenie (Szlachty Ziemi Krakowskiej), które działa do dziś. Stowarzyszenie ma mocny wymiar edukacyjny – tworzymy gry planszowe, RPG, stworzyliśmy własną grupę rekonstrukcyjną, w ramach której zacząłem się bardziej interesować samym strojem. Mam tak, że jak w coś wchodzę, to na sto procent. Ciuchy były drogie, a ja i tak chciałem, żeby były dokładnym odwzorowaniem tych historycznych na obrazach i w książkach. Samo krawiectwo nigdy mnie specjalnie nie kręciło, ale wkręciło i pochłonęło – zacząłem doceniać to, że mogę coś zrobić własnymi rękami, samodzielnie, dokładnie tak, jak chcę. I tak się to zaczęło, – jedna, druga uszyta rzecz, ludzie zaczęli się do mnie zgłaszać, zdobywałem wiedzę, doświadczenie, odezwał się chyba we mnie gen syna rzemieślnika.

Kiedy po pobycie w Łodzi wróciłem na chwilę do Krakowa, przez rok uczyłem się fachu u krawca – prawdziwego mistrza starej daty. Przyniosłem XVII-wieczny dublet, z wykładanym kołnierzem, przyjął mnie jako czeladnika na naukę – pokazał jak się szyje garnitury, spodnie, marynarki. Miał tytuł mistrzowski, pochodził z Poznania. To była twarda szkoła bez miękkich słów, ale on nie wiedział, że jestem z gór, mam tatę stolarza, i że każdy dzień u niego brzmiał mi po prostu jak poniedziałek u taty. Uczyłem się od zera, ale rok to mało, a ja już miałem 30 lat i musiałem pracować, żeby się w Krakowie utrzymać, a marzenia o utrzymywaniu się z krawiectwa miały się nijak do rzeczywistości i drożyzny miejskich realiów. Pracowałem w Alior Banku, następnie w Nazwie.pl od 8:00 do 18:00, potem trzy razy w tygodniu jechałem do pracowni krawieckiej, gdzie siedziałem do 23:00, szyłem i wracałem wykończony do domu. Po roku musiałem zrezygnować, chociaż szycie rekonstrukcyjne już mi przynosiło jakieś dochody. Krawiectwo jednak też zabrałem ze sobą do Kosarzysk, a tu wkręciłem się dodatkowo w klimaty ludowe, które zawsze były mi bliskie. Zacząłem szyć stroje dla Doliny Popradu – uszyłem kilka par chołośni, teraz kończę gunię, przyglądam się, jak są krojone gorsety – widzę sporo szczegółów, które w strojach ludowych można dopracować. Uwielbiam też błękiciory, a szczerze nie znoszę tybetów – takie są wyświechtane i skomercjalizowane. Niełatwo jest niestety łączyć pracę zawodową z pracą dodatkową po godzinach, więc trochę mi się to wszystko ślimaczy. Szyję teraz też kaftany lachowskie dla Łososiny.

87D27C43 4D60 4FF4 A401 6111BC1BFEAB 1 105 c

To duże pole do popisu?

Odnoszę często wrażenie, że stroje ludowe są robione tak trochę na odczep się – nie spełniają założeń tego, co widzimy na dawnych zdjęciach, mają inny krój, często idą w cepelię. Nawet liczba guzików, taka prosta sprawa – za zdjęciu będzie ze 30, a na istniejącej sukmanie ledwo dziesięć. Każdy strój przedstawia historię każdego regionu, danego miejsca, mody. Strój nadpopradzki pokazuje jakie tu były wpływy, jest zapisem historii. Mam do zgłębienia jeszcze sporo wiedzy etnograficznej, ale Regionalny Zespół Dolina Popradu na to szczęście, że ma postacie wybitne w tym temacie – Piotr Kulig, kierownik zespołu – jestem nim zafascynowany, Pani Wanda Łomnicka-Dulak, wcześniej Dariusz Rzeźnik – chodzące encyklopedie, kopalnia wiedzy o regionie. Śledziłem działalność Doliny Popradu mieszkając w Łodzi i w Krakowie – to nasz skarb i nie wiem na ile ludzie sobie w ogóle z tego zdają sprawę. Bardzo mi się podobają takie projekty, jak niedawne przywrócenie starego limierza, a wcześniej projekt z flisakami, trochę na przekór Szczawnicy. To nie są rzeczy, które występują tylko tutaj, ale akurat Dolina Popradu to przywróciła i zaprezentowała.

Albo, żeby daleko nie szukać – rękawice furmańskie…

Kolejna genialna inicjatywa! Przecież do tkactwo przestrzenne występowało od XVII wieku w całym łuku Karpat, źródła wskazują na Wołoszczyznę, jako inicjatorów tej techniki tkackiej, a Piwniczna to ma, chwili się tym, działa, teraz powstaje gra karciana w temacie tych rękawic, są wpisane na listę dziedzictwa niematerialnego UNESCO. U nas to się dzieje.

Samo miasteczko dla mnie jako historyka ma wielkie znaczenie – przecież istnieje jako miasto królewskie od czasów Króla Kazimierza Wielkiego! Już w XVII wieku mówiono o naszym tyglu kulturowym – o góralach, łemkach, rusinach i wołochach – o tej różnorodności, którą nam zabrano i to jest wielka tragedia. Powinniśmy czerpać z tej wielokulturowości jak najwięcej, szukać tej naszej tożsamości, korzeni, ale nie robić z tego cepelii, kolejnego mini Zakopanego. To jest gwałt na kulturze. Mamy w Piwnicznej wielki potencjał, ciekawą kulturę, trzeba promować to, co mamy, ale w taki sposób, że bazarność nie wzięła góry – nie chcemy przecież mieć tu drugiej Szczawnicy, Krynicy czy Zakopanego.

Untitled design (1)

Nie odnosisz wrażenia, że wszystko w proponowanej nam góralskiej symbolice i wzornictwie jest na jedno kopyto?

Jak widzę bluzy dresowe albo dżinsy z zakopiańską parzenicą, to mi ręce opadają. To powinno być zakazane. W każdej górskiej miejscowości mamy tylko wzornictwo podhalańskie, a tu trzeba u nas rękawice furmańskie promować, iść w nasze, rodzime. Zobacz – można z fajnej, ciemnobrązowej wełnianej flaneli uszyć marynarkę skrojoną na modłę austriacką, bo takie się tu nosiło, jakiś mały akcent dać i już mamy coś swojego – nawet burmistrz by mógł w czymś takim chodzić. I byłoby po naszemu. Da się to wystylizować. Można by zaprojektować całą linię ciuchów, takie np. lniane szerokie spodnie, lekko postrzępione dołem, ładnie zapięte i jest. Japończycy sprzedają swoje kimona, my moglibyśmy pierwotną formę wziąć, taką gunię przywrócić, uszyć z lekkiej tkaniny, na ramiona zarzucić – wygląda etno boho, ale nawiązuje do naszego regionu. Albo portfel ze skóry wołowej, przeszyć czerwoną nicią nawoskowaną i zamiast parzeinicy zrobić węzeł rycerski, taki jak mają na kaftanach kobiety u nas. A błękiciora ma to do siebie, że jest piękna, minimalistyczna, estetyczna i można ją fajnie współcześnie łączyć. Piwniczańska kultura jest historycznie stricte miejska i uważam, że fajnie byłoby zrobić nadpopradzką linię modową. Piękne by to było. Jest potencjał w naszym regionie.

Wróćmy jeszcze do rekonstrukcji strojów historycznych. Co jest najtrudniejsze w takiej pracy?

Najtrudniejsze jest zebranie materiałów. Samo uszycie stroju już nie jest takie trudne, ale jeśli chcesz coś zrobić naprawdę dobrze, a nie masz bazy źródłowej, albo trafisz na dziurę w posiadanej przez nas wiedzy, musisz iść analogicznie. XVII wiek, w którym lubię się poruszać, jest dobrze udokumentowany, nie wiem jak inni rekonstruktorzy radzą sobie we wcześniejszych epokach, bo tam z tą wiedzą źródłową jest znacznie trudniej. Miałbym obawy, że efekt będzie zbyt odległy od oryginału. Z XVII wieku mamy księgi krawieckie i wykroje z Poznania, z Leszna, z Kieżmarku – lubię zbierać tę wiedzę, zależy mi na prawdzie, nie chcę niczego przekłamywać. Ciężko jest też z tkaninami – mamy inne czasy. Galopująca prywatyzacja lat 90. zabiła rzemiosło i przemysł tekstylny w Polsce. Mamy kilka firm, które robią tekstylia, ale bardzo brakuje polskiego lnu – jest na rynku białoruski, litewski, ten nasz w Łodzi i Żyrardowie padł. Mało jest naturalnej wełny, nikt o to nie dba. Mam wrażenie, że ludzie nie są świadomi tego, jak wspaniałe tkaniny tworzą len i wełna. Musimy więc często, jako rekonstruktorzy, korzystać z tkanin z Indii, bo rodzimych brakuje. Grube sukno/samodział też by się przydał. Można by stworzyć jakiś folusz, który wróciłby do tradycyjnych metod wytwarzania, chociaż z drugiej strony to szorstka tkanina, nieprzyjemna w dotyku, nie wiem na ile zespoły ludowe chciałyby wrócić do oryginalnych materiałów. Dziś wszystko takie miękkie i wygładzone, nikt portek z owczej wełny nie chce nosić, bo gryzą.

Czytam teraz książkę Antoniego Kroha Sklep potrzeb kulturalnych po remoncie i tam jest taka historia, która pięknie obrazuje kompletną ignorancję różnorodności w góralszczyźnie. Otóż w 2004 poczty polska i słowacka wydały bliźniacze znaczki, na których pokazano flisaków sterujących tratwą – nikt nie zauważył, że mieli podhalańskie cyfrowane parzenicami portki i niebieskie, spiskie serdaki.Już wtedy, jak pisze Kroh „strój przestał być systemem znaków”. Absurdalna sytuacja, ale obrazuje jak zaniedbaliśmy własną tożsamość.

A tak, to na pewno. Tam też jest taka historia, w której nakłaniano dzieci, żeby w zespole ludowym tańczyły w kierpcach, a one płakały, bo te kierpce to był symbol biedy. Każde dziecko chciało mieć prawdziwe buty i w butach tańczyć. Kroh to jedna z ostatnich osób, które widziała prawdziwą wieś prawdziwą góralszczyznę, my już teraz takiej nie mamy. Gwara zanika, następuje paskudna standaryzacja Polski, i ja rozumiem, że oznaką kultury i inteligencji jest poprawna polszczyzna, umiejętność wysławiania się i to jest baza, która trzeba mieć, ale nie powinniśmy pozwolić na wyplewianie regionalizmów, bo gwara to jest język domu, język przytulny, prosty, podstawowy, opisujący ten pierwszy świat, z którego wychodzimy. Gwara i dialekty są starsze od samej polszczyzny – dutki, moskole, takie słowa jak bantuwać, chodzić na banty. Mamy przepisy na moskole z XVI wieku! Takich gwarowych słów jest mnóstwo, cała skarbnica – Sienkiewicz to wiedział, czerpał garściami z gwary podhalańskiej. Nie możemy tego zabijać. Gwara nigdy już nie będzie dominująca – te czasy minęły bezpowrotnie, ale pamiętajmy o tym. I o tym jak ciężkie było życie na wsi w dawnych czasach, bo gdyby nie nasi przodkowie, to by nas tu dziś nie było.

Mamy taką mocno polukrowaną, zromantyzowaną wizję wiejskiej rzeczywistości sprzed stu, stu pięćdziesięciu lat. Dopiero niedawno powstało kilka ksiażek, „Chłopki” chociażby, które odbrązawiają dawne czasy.

Według mnie wiele zespołów ludowych (Dolina Popradu na szczęście tego nie robi), ma tendencję do wybielania tej kultury – wszystko kolorowe, rozśpiewanie, roztańczone, a przecież na wsiach sprzed wieku była bieda, chodziło się boso, ciuchy potargane, poniszczone, noszone do końca, no i było strasznie ciężko. W naszej rzeczywistości funkcjonuje wciąż dużo stereotypów, że to tak fajnie by się było przenieść na wieś 50, 100 lat temu, żyć w zgodzie z naturą… A co mieli robić tamci ludzie? Nie mieli wyjścia. Przecież wymieniliśmy kosy na kosiarki, cepy na młóckarnie – Zosia mogła sobie karmić gęsi w Panu Tadeuszu o poranku, jasne, ale trudno zaprzeczyć, że owce i konie śmierdzą. Bo śmierdzą.

… ale nie na Instagramie ;-).

Naszym celem jest pamiętać o kulturze, bo w niej jest zawarta nawarstwiona historia pokoleń. Powinniśmy doceniać to, jakie to życie było kiedyś ciężkie i to, że praca naszych przodków w dużej mierze przyczyniła się do naszej sytuacji i dobrobytu. Szacunek – tak, ale ja nie chciałbym chodzić na bosaka po klepisku i spać na sienniku.

175909328 870979520118326 2511932568926212380 n

Jak uczyć dzieci historii, żeby je zaciekawić, a nie zanudzić na śmierć?

Porównałbym historię do ciasta z rodzynkami. Ciasto, ta struktura, to jest cała, rozległa opowieść, a rodzynki to są daty – jeśli wydłubiesz rodzynki/daty, nadal będziesz rozumiała samą historię.W szkołach się uczy pamięciowo, na blachę. Nie uczy się ciągu przyczynowo-skutkowego, nie uczy się krytycznego myślenia. Historia jest mocno sprostytuowaną nauką, podlega interpretacjom, przekłamaniom, historię piszą zwycięzcy, trzeba ją koniecznie poddawać analizom, krytyce źródeł, to wymaga poświęcenia, dociekliwości i czasu, a my z natury chcielibyśmy łatwo, prosto. Przecież jesteśmy tym jedynym narodem, który nic złego nikomu nie zrobił, prawda? Fascynujące. 🙂

Historia bogata i trudna, a my mamy problem też z geografią. Ostatnio, gdy wykoleił się pociąg między Łomnicą w Wierchomlą dziennikarz z TVN24 podał w notce prasowej, że to… na Podhalu.

A tak, to klasyk, mnie często ludzie pytają – a tam jak u Ciebie na Podhalu? To mówię – nie wiem nie byłem dawno w Zakopanem, unikam jak mogę. Sama Sądecczyzna robi się już duża, a nasza Dolina Popradu to bardzo trafiona nazwa, świetnie dookreślająca nasz region. Ludzie z Piwnicznej pracowali kiedyś, jeszcze 30, 40 lat temu, w Lubovli. Nasze życie kręci się wokół rzeki.

Marzenia?

Największym moim marzeniem jest tu sobie osiąść, postawić dom, nawiązujący trochę architektonicznie do lokalnych tradycji, ale w nowoczesnej wersji, bo nie ukrywam – lubię mieć wygodnie. Chciałbym żyć z krawiectwa, wychować dobrze syna, a jak już kipnę i pójdę w piach, to chciałbym, żeby ktoś kiedyś powiedział – a pamiętacie, w Kosarzyskach był kiedyś taki krawiec… – ta opowieść to jest taka cząstka nieśmiertelności, jedyna jaka jest możliwa do uzyskania, poza przekazaniem genów. Wierzę, że będę mógł któregoś dnia odejść z IT, i tak to wykończy AI, zająć się tym, co naprawdę lubię. Twórcza praca – pisanie artykułów, krawiectwo – to jest to, co mnie kręci i rozwija. Praca moich rąk niech świadczy za mnie.

Komentarze

Jedna odpowiedź na “Kultura skrojona na miarę”

  1. Awatar Michał 'Kadrinazi' Paradowski

    Świetny wywiad, zawsze przyjemnie czytać jak Tomasz opowiada o historii, hobby i jak to wszystko się splata w życiu. Pozdrowienia z Edynburga 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *