Odkąd przeczytałam „Listowieść” Richarda Powersa patrzę na drzewa zupełnie inaczej. Po rozmowie z Władysławem Gumulakiem, który w swoim warsztacie w Barcicach toczy piękne, drewniane misy – z jeszcze większą fascynacją i szacunkiem. Wszechstronnie uzdolniony, do pracy z drewnem wyuczył się sam, a jego drzewne opowieści nadają przedmiotom zupełnie nowy wymiar.

Na którym odcinku Doliny Popradu czujesz się u siebie?
Od małego mieszkam w Barcicach, ale mój ojciec pochodził z Kosarzysk, więc wychodziłoby na to, że jestem półkrwi Czarnym Góralem.
Twoja ścieżka zawodowa zawsze wiązała się z drewnem?
No właśnie nie. Większość mojej pracy zawodowej wiązała się z pracą biurową. Poza drobnymi epizodami, kilkanaście lat przepracowałem w spedycji i transporcie. Od dwóch pracuję dla brata, jako powiedzmy wsparcie biurowe dla bardzo dynamicznego kierownika sprzedaży wełny mineralnej. Zawodowo i nie zawodowo robiłem w swoim życiu wiele rzeczy z różnych dziedzin. Począwszy od studiów na wydziale politologii na WSB, swoją drogą w najświetniejszym chyba okresie tej szkoły, w połowie lat dwutysięcznych. Świetna kadra pedagogiczna, ludzie z praktyką w polityce, organizacjach, urzędach; świetna infrastruktura i organizacja uczelni no i bardzo ciekawi ludzie, spośród których z wieloma do tej pory mam dobry kontakt. W trakcie studiów stażowałem w Dzienniku Polskim, robiłem drobne artykuły oraz tzw. obsługi prasowe. Współtworzyłem dodatek studencki „Student”. Po zakończeniu studiów licencjackich wyjechałem tylko na trzy miesiące z moją dziewczyną (aktualnie żoną) Anią na Wyspy. Najpierw, po różnych zawirowaniach, spędziliśmy rok w Bristolu, a później rok w Edynburgu. Pracowałem głównie w usługach (barista), a po pracy ćwiczyłem się w fotografii. Moim konikiem była fotografia uliczna, która jest najlepszą szkołą fotografii, bo ćwiczy naraz w wielu obszarach, począwszy od spostrzegawczości, refleksu, odwagi podejścia do człowieka, szukania symetrii, ciekawych kadrów, aż po długo wyczekiwany i długo, nawet latami, wspominany „decydujący moment”, o którym mówił Henri Cartier Bresson.

To skąd tu nagle drewniane misy?
Misy zacząłem robić dopiero w 2019, brakowało mi czegoś dla siebie i jakoś tak zaczęło mnie ciągnąć do drewna. Na początku były to raczej drobne, sporadyczne projekty – zrobiłem stół do kuchni ze starych desek pochodzących ze 120-letniej stodoły sąsiada, później ławę kawową ze stołu od kumpla, który chciał się pozbyć stołu, ale nie miał serca wyrzucać, bo to było wiano jego babci sprzed również 100 lat. Toczeniem zainteresowałem się przez materiały video na YouTube, głównie amerykańskie. W Polsce nikt się w tym temacie wtedy za bardzo nie udzielał, a ja te filmiki na YT oglądałem przez dwa lata, dużo czytałem – ciężko się nie wciągnąć w temat przy takiej intensywności. Samo oglądanie procesu toczenia drewna jest niezwykle hipnotyzujące, ten eliptyczny, cykliczny ruch bardzo człowieka wciąga. W pewnym momencie, jak tak oglądałem i oglądałem, żona powiedziała – weź Ty sobie kup tę tokarkę i zacznij coś sam robić.
Zainwestowałem w fajną, niewielką brytyjską tokarkę, rozłożyłem sprzęt, zapiąłem kawałek drewna i ku mojemu zdziwieniu – po dwóch godzinach pierwsza miska była gotowa. Być może nie miała wartości wystawowej, ale była niewątpliwie misą. To był początek projektu ARBOFORMA.
No dobra, YT może być dobrą szkołą rękodzielniczą, ale to tak przyszło znikąd, czy miałeś w rodzinie jakichś stolarzy albo cieśli? Tradycje rzemieślnicze?
Jak zacząłem grzebać przy drewnie to sobie uświadomiłem, że od strony mojej mamy, która pochodzi z Barcic, mam pewne inklinacje w tym kierunku. Jej brat był lokalnym barcickim stolarzem, robił drzwi, szafki, kredensy, krzesła itp. dla mnie był po prostu zadziornym, ale sympatycznym wujkiem Kazkiem z jednym płucem, który lubił się napić i palił jak smok, ale we wsi go znali i szanowali za solidność. Możliwe, że jego produkty znalazłyby się może jeszcze dzisiaj w jakimś domu. Potem się okazało, że poza wujkiem Kazkiem, dziadek mojej mamy Stanisław też był stolarzem, nawet jego stary, przeżarty przez robactwo stół stolarski jeszcze gdzieś tam stoi. Tak to już chyba jest, że jak człowiek wchodzi głęboko w jakiś temat, odnajduje swoją pasję, to zaczyna szukać tych łączników w poprzednich pokoleniach, próbuje to bardziej w sobie zakorzenić.

Czym jest dla Ciebie drewno?
To bardzo fajny materiał. Sam kontakt z drewnem ma mocno sensualny wymiar, jakoś tak naturalnie pasuje do człowieka, do skóry, do dłoni. W kwestii misek zaczynałem od orzecha, który jest drewnem bardzo intensywnym w odbiorze – szczególnie surowe – ma w sobie dużo tanin, w moim odczuciu ma gorzkawy, może kwaskowaty zapach, który potrafi się w warsztacie utrzymywać jeszcze przez długi czas, ale to, co go odróżnia od innych drzew to jego barwa… Po sąsiedzku mamy stary sad. Pewnego dnia przyjechali elektrycy i narzekali, że zarośnięte, przeszkadza liniom średniego napięcia, i że trzeba ciąć. Po ścięciu sąsiad drewna nie potrzebował, więc za jego zgodą wziąłem na opał, porąbałem pieńki w polana, ale cztery takie większe pniaki zostawiłem sobie, na wszelki wypadek, a nuż się do czego przyda. Po ponad roku mi się o nich przypomniało, zacząłem rysować przy pomocy cyrkla, wycinać frezarką i tak powstała ta naprawdę pierwsza, pionierska miska. Gdy zacząłem „otwierać” materiał i zobaczyłem ten ciemny, czekoladowy rdzeń, przed oczami stanęło mi pozostałych kilkanaście pieńków, które poszły z dymem w zimie i zapłakałem łzą gorzką… To mogło być kilkadziesiąt mis! Nauczka na całe życie.

Kiedy kupiłem tokarkę starałem się w pierwszej kolejności pozyskiwać właśnie orzech – to on tak naprawdę pomógł mi w opowieściach o mojej pasji – pięknie się prezentuje, to takie duże WOW! Jeżeli chodzi o wykończenie moich form, nie używam na ten moment lakieru. W moim odczuciu lakier powoduje, że drewno staje się zimne, dla mnie osobiście – robi się nieco plastikowe, już tylko wygląda jak drewno, jest czymś w kolorze drewna, być może dla niektórych to będzie przesada, ale tak już mam. Osobiście zamykam gotową formę / misę olejem lnianym, surowym lub gotowanym z małej, sprawdzonej szwedzkiej manufaktury. Taki proces nie daje może efektu tak trwałego jak lakier, ale dobrze penetruje drewno, zachowując jego naturalne ciepło. Wszystko wykańczam woskiem pszczelim, który nadaje twardości, odporności na wodę i zabrudzenia, ale też ożywia usłojenie. Powoli zaczynam pozyskiwać wosk z własnej mikro pasieki, dzięki czemu mam jeszcze większą kontrolę nad procesem tworzenia. Wracając jednak do odczuwania takiej misy, gdy weźmiesz ją do rąk i chwilę potrzymasz, to ona zaczyna się ogrzewać, zrównuje się temperaturą z ciałem, staje się jego częścią. Co ciekawe – zaobserwowałem, że każdy kto bierze do rąk taki przedmiot, kiedy odwróci wzrok od niej i kontynuuje rozmowę, to mimowolnie zaczyna obracać, kręcić go w dłoniach… tak działa naturalny materiał plus okrągła forma, to jest to.

Co mogę podać w takiej misie? Funkcja użytkowa czy dekoracyjna?
Myślę, że najdłużej będzie służyła dekoracyjnie. Olej lniany stopniowo się ściera przy myciu, więc na ten moment albo proponowałbym suche produkty, a jeśli sałatka – bo też można – to trzeba potem taką misę ponownie zaolejować. Ostatnio do zamówień dodaję małe buteleczki z olejem lnianym, tak by użytkownik sam mógł uczestniczyć w procesie odtwarzania, odnawiania tej misy – na tym też mi zależy, na pewnej kontynuacji, na twojej współpracy z przedmiotem po tym, gdy ja odejdę już od stołu warsztatowego. Szukam cały czas takich właśnie łączników, żeby człowiek mógł zachować styczność z drewnem, poczuć jego ciepłotę, ale także, żeby znał historię drewna, z którego powstała jego misa. Każda seria mis ma opis – ta którą dostałaś, to forma z jabłoni od Rodziny Gumulaków, czyli drzewa w podwórka mojej Mamy, z której konar trzeba było obciąć przy budowie drogi. To drzewo nadal rośnie i owocuje, a ja z pozyskanego materiału toczę miski i mam taki plan, żeby każdy w rodzinie dostał po takiej, nawet małej miseczce, i dzięki niej miał u siebie coś, co będzie go łączyło z gniazdem, przypominało o miejscu, gdzie kiedyś się nomen omen… rosło.

Czyli w drzewie najważniejsze to…
Człowiek. Historia człowieka, którą to drewno ma w sobie zapisaną. To się zaczęło już na etapie mojej fascynacji fotografią. Próbowałem i tej produktowej, i krajobrazowej i ulicznej, ale zawsze brakowało mi w kadrze człowieka. Samo naczynie jest dla nas czymś bardzo atawistycznym, towarzyszy nam od początku istnienia ludzkości, a drewno – drzewa pamiętają wiele historii, są niemymi świadkami wielu radości i tragedii. Suszy się u mnie teraz grusza z Kamionki, wcześniej miałem siedemdziesięcioletniego orzecha. Staram się skupiać na pozytywnym przekazie, na wspomnieniach z dzieciństwa, ale nie wszystkie opowieści kończą się szczęśliwie. Często działam na zasadzie barteru – ktoś mi daje kilka pieńków, a ja w zamian ofiaruję potem miskę albo dwie. Lubię takie dile [deal z ang. transakcja] – bo mogę później wrócić do tych ludzi, przekazać im do rąk z powrotem część ich własnej historii i być może usłyszeć jakąś historię albo zobaczyć przeszklone oko… Wiele historii odkrywam, kiedy drewno „otwieram” – czy to piłą jeszcze w pniu, czy na tokarce. Najświeższy przykład: cztery kwadratowołebkowe gwoździe, kompletnie zapomniane i wchłonięte przez drzewo, wrośnięte w głąb na cztery centymetry – i nie wiem, czy tam koza była przywiązana do drzewa, czy wisiała kapliczka, sznurki na pranie, a może hamak? Innym razem miałem drzewo magnolii, które miało niewidoczne, bo zarośnięte ślady po jakimś mini pożarze, być może efekt pierwszy spotkań dzieci sąsiada z zapałkami. Słyszałem o znajdywanych wrośniętych kulach karabinowych, ale również niewypałach z I i II Wojny Światowej, które z czasem zostały utulone do historycznego snu przez rosnące drzewo. Wracając jednak do drewna jako takiego – obok historii ludzkich, biegnie równolegle linia życia samego drzewa. Ono samo również pracuje, wzrasta przez lata, nadbudowuje tkanki, odżywia, dostosowuje, ma swoją historię. Czasami widać gdzie był konar, który pracując przez lata pod swoim własnym ciężarem zostawił po sobie „falę” w rysunku drzewa… Wrosty i blizny po przebytych chorobach i walkach z żywiołem czy pasożytami, to też ogromna dla mnie wartość estetyczna. Czasami specjalnie zostawiam korę, żeby idealna forma okrągła miała z czym kontrastować, przypominać skąd pochodzi, nadawać wraz z naturalnymi pęknięciami dramatyzmu. Niesamowity efekt, nazywany spalting, można uzyskać z drewna zainfekowanego przez grzyba – robią się takie naturalne, czarne linie, szlachetne ślady – takie drewno jest wykorzystywane często do wytwarzania gitar.

Toczenie relaksuje, pozwala się wyciszyć wewnętrznie?
A wiesz, właśnie nie bardzo. Śmieję się, że chyba mam zbyt wiele niepozałatwianych spraw, bo lubi mi się jedna myśl przyczepić i tak się kręci w głowie w kółko, jak ta miska na tokarce. Lubię przy pracy słuchać muzyki, audiobooków, podcastów – muszę się trochę zagłuszać. Niektóre czynności są też bardzo głośne, więc muszę zakładać słuchawki wygłuszające.
A jak wygląda proces toczenia takiej misy?
Po pierwsze, po pozyskaniu materiału, siadam i oglądam dokładnie drewno – gdzie ma wrosty, pęknięcia, jak przebiega rdzeń i ile ich jest, bo może być więcej niż jeden. Przyjąłem styl toczenia w przekroju pionowym, ze względu na pewien problem techniczny – środek drzewa, czyli jego rdzeń, jest twardy, ma dużą gęstość i na nim się opiera całe drzewo, jak na kręgosłupie. W momencie, gdy drewno zaczyna schnąć pojawiają się pęknięcia promieniście idące do rdzenia. Tocząc w przekroju pionowym pozbywam się większości rdzenia, aby zmniejszyć napięcia w drewnie w czasie suszenia. To jest proces, który zmusza do myślenia o misce już na samym początku – tu nie ma przypadkowości, muszę wiedzieć co chcę uzyskać, zaplanować wszystko zawczasu. Drewno nie leży w pieńkach – wstępnie przetaczam je od razu, na mokro, zostawiam odpowiedniej grubości ścianki, nadaję kształt misy, odpowiednio wybieram materiał na tokarce. Taka miska schnie nawet półtora roku, dwa lata, i dopiero po tym czasie mogę jej nadać ostateczny kształt, więc to dość długotrwały proces. Prawda jest też taka, że w Polsce bardzo trudno jest znaleźć porządnie wysuszone drewno w klocach. W Stanach jest tego znacznie więcej, począwszy od punktów handlowych po samodzielnych suszarzy – możesz sobie kupić wysuszony kawałek przygotowany do toczenia. Mam takie odczucie, że w USA drewno – nie wiem czy to przez skalę użytkowania, czy pionierską historię – ma większe powodzenie, szacunek i zastosowanie niż gdzie indziej na świecie. Jest tam wiele stowarzyszeń, czasopism, pasjonatów, kanałów na Youtube, setki kursów, treningów. Jest też wiele nazwisk rzemieślników, artystów, twórców związanych z tym drewnem chociażby George Nakashima, który tworzył przepiękne pełne harmonii formy meblarskie, w latach 60; albo patrząc na cały nurt designu i architektury w tych latach – mid century modern. Czy pionier spaltingu w toczeniu form – Melvin Lindquist.

Moim znajomi stolarze coraz częściej odchodzą od drewna, idą w materiały przynoszące większy komfort pracy i pewność, jak płyta, też ze względu na wspomniane problemy z suszeniem. To za duże ryzyko – źle wysuszone drewno popęka, a to generuje straty i niezadowolenie klientów. Brakuje nam albo wiedzy albo czasu, albo jednego i drugiego. Mam też takie odczucie, że w wojennych zawieruchach, obozach, masowych grobach, egzekucjach, zsyłkach straciliśmy nie tylko część tkanki społecznej, ale również ogromną masę informacji, przekazywanych z pokolenia na pokolenie, z ojca na syna, z mistrza na czeladnika… Ale sprawa nie jest stracona. Skoro raz się tego nauczyliśmy, przy odrobinie cierpliwości i wiedzy nauczymy się ponownie. Ja w każdym razie biorę odpowiedzialność za mój wyrób od samego początku i dlatego sam pozyskuję, przewożę, suszę i przetaczam swoje drewno. Oglądam i cieszę się całym procesem, od ociekającego sokami pieńka po ostatnią warstwę wosku…



Dodaj komentarz