Miałam kiedyś taki pomysł na siebie, żeby zostać aktorką. Zaczęłam nawet przygotowania do egzaminów na krakowską PWST, ale pomysł legł w gruzach podczas jakiejś rozmowy bladym świtem, na warsztatach poetyckich w Rudniku koło Grudziądza. Zadano mi wtedy pytanie, czy jestem gotowa przez resztę życia słuchać poleceń najróżniejszych reżyserów i producentów. A że ze słuchaniem poleceń to u mnie raczej niespecjalnie poprawnie – aktorką nie zostałam. I w sumie dobrze, świat rozrywki nic przez to nie stracił, a mnie nurt zniósł na zupełnie inne wody – takie, gdzie można reżyserować sobie życie na własną rękę, i nie trzeba się specjalnie przejmować dykcją, która zawsze była moją piętą achillesową.
To, co pozostało, to zaszczepiona w dzieciństwie miłość do teatru, z dużą słabością (bardziej mi tu pasuje angielski soft spot) do teatrów amatorskich.
Październik w Dolinie Popradu jest niezwykle teatralny – nie tylko ze względu na swoją spektakularną sztukę jesiennienia, ale także dzięki cyklicznej imprezie, jaką jest Jesienny Festiwal Teatralny, który w tym roku w Starym Sączu zorganizowano po raz dwudziesty siódmy.
Największe wrażenie zrobiła na mnie sztuka „Nic się nie stało” Teatru Garnizon Sztuki z Warszawy, wyreżyserowana przez Piotra Ratajczaka. A było blisko, żebym zupełnie zignorowała ten spektakl. Nie znam się na piłce, kompletnie mnie ten sport nie kręci, a idea połączenia footballu z teatrem wydała mi się z początku zbyt wydumana i ekscentryczna. Ale poszłam i gdybym miała opisać tę sztukę jednym zdaniem, to, wpisując się w konwencję języka, którym ta historia była w dużej mierze opowiedziana, musiałabym przyznać: „to było naprawdę zajebiste”. Z ręką na sercu.
Spektakl genialny w każdym aspekcie – od gry aktorskiej na najwyższym poziomie (ta dykcja, ta ekspresja!), przez dynamikę, tempo, emocje i ruch sceniczny, po sam scenariusz (autorstwa Piotra Rowickiego), w którym przewijają się losy największych ikon polskiej piłki nożnej. I można być laikiem i ignorantem, ale takie nazwiska jak Deyna, Boniek, Górski, Lato czy Lewandowski zna każdy, także poza granicami naszego kraju.
Wspaniała plejada polskich aktorów młodego pokolenia: Piotr Głowacki – niezwykle przekonujący jako Kazimierz Deyna, Maciej Zakościelny w roli zagubionego w polskich realiach Emanuela Olisadebe, Marcin Korcz jako dążący do doskonałości Robert Lewandowski, Michał Żurawski w roli kolejnych trenerów polskiej kadry narodowej, Jakub Sasak jako niepokorny, temperamentny Zbigniew Boniek, Jędrzej Wielecki w historycznie trudnej roli Ernesta Wilimowskiego i Zofia Zborowska-Wrona, która świetnie zagrała Ewę Pajor – wszyscy mistrzowsko pokazali prawdę o życiu bohaterów polskiej murawy, często dramatyczną i trudną do przełknięcia. Bo ta historia, miejscami śmieszna, miejscami wzruszająca, ale w każdej sekundzie boleśnie prawdziwa, wcale nie była tylko o nodze. Była o nas – o Polakach, o naszych brzydkich cechach, braku otwartości i nietolerancji, fobiach, zaściankowym myśleniu, o zawiści i umiejętności natychmiastowego wydawania osądu, niekoniecznie sprawiedliwego. O wartościach uniwersalnych, takich jak poczucie wspólnoty, przyjaźń, honor, pasja, patriotyzm i fair play. I o tym, że piłka to nie tylko sport, ale także bezwzględny biznes.
Po spektaklu nasunęła mi się taka refleksja, że gdyby nasza reprezentacja grała tak dobrze, jak aktorzy na scenie starosądeckiego Sokoła, to nie musielibyśmy już nigdy skandować „Nic się nie stało”.
I jeszcze jedna dygresja – w foyer przed przedstawieniem, starsza, elegancka pani zapytała dyrektora artystycznego festiwalu Janusza Michalika czy będą dużo przeklinać, zaznaczając, że nie może pogodzić się z ilością wulgaryzmów we współczesnej sztuce. Po otrzymaniu twierdzącej odpowiedzi, stwierdziła, że ewentualnie po cichutku wyjdzie z sali. Zdarzyło się, że siedziałam tuż obok niej, kątem oka obserwując reakcje, kiedy kolejni trenerzy radośnie rzucali mięsem ze sceny. Po spektaklu podzieliła się wrażeniami, twierdząc, że w tak wspaniałej sztuce to nawet i przekleństwa znajdują swoje miejsce. A co do miejsca… to jedno miałam obok siebie wolne. I przysiadł tam na kilka sekund Maciej Zakościelny. Co tam piłka, to dopiero były emocje!
fot. Jerzy Cebula



Kontrastem dla teatru w pełni profesjonalnego jest inicjatywa Sceny Teatralnej przy starosądeckim Sokole, stworzona przez aktorów-amatorów z Sądecczyzny. Premierowy spektakl “My i Krasnoludki” został przyjęty niezwykle ciepło, w dużej mierze – owacjami na stojąco, i nie ma się co dziwić, bo to przecież wielka sprawa zobaczyć na scenie swoją mamę, siostrę, wujka, dziadka, sąsiadkę czy panią od polskiego. Teatry amatorskie mają tę niepowtarzalną, niezwykłą siłę jednoczenia lokalnych społeczności. Niosą radość ze wspólnej pracy, przebywania ze sobą, dają możliwość chwilowego wyrwania się z codzienności – bo przecież wymagają prób, przymiarek kostiumów, wyłuskania z wiecznego braku czasu… czasu na naukę roli.
“My i Krasnoludki”, sztukę napisaną przez Jana Wilkowskiego, wyreżyserował Janusz Michalik, dyrektor artystyczny JFT, który w tej opowieści wcielił się w samego siebie – w reżysera teatralnego. Zabawna historia grupy aktorskiej pracującej nad sztuką “O sierotce Marysi i krasnoludkach” jest formą szukania wyrazu artystycznego, próbą odejścia od dosłowności, próbą budzenia wyobraźni, szukaniem metafory – stąd w miejsce lasu pojawiają się wieszaki na płaszcze, a sierotka Marysia z ludowej nuty wchodzi niespodziewanie w hip-hopowe rytmy. Lekka, pełna wdzięku i dowcipu sztuka pozwala na gęstą interakcję z młodym widzem, a dynamiki dodają sceny rozgrywające się na widowni. Mocno zarysowane postacie, jak chociażby rewelacyjna inspicjentka (w tej roli Zofia Wygoda) nadają autentyczności opowiadanej historii. Akcja nabiera tempa, kiedy okazuje się, że próby idą fatalnie przez brak wiary w krasnoludki, a te nagle się pojawiają, przebudzone z wielowiekowego snu. Z perypetii i nieporozumień między ludźmi a bajkowymi istotami wyłania się ponadczasowe przesłanie, że człowiek zawsze i wszędzie szuka dla siebie korzyści, nawet w bajce. A od bajki nie należy oczekiwać niczego, poza darem, jakim jest możliwość snucia marzeń. “My i krasnoludki” na pewno pojawią się jeszcze na afiszach w Starym Sączu – trzymajcie rękę na pulsie, bo warto zapuścić się w ten magiczny świat wyobraźni.
fot. Andrzej Rams



Było też sporo dobrych komedii, takich, kiedy to można uśmiać się do łez, ale nie do końca wiadomo czy to łzy płynące z czystej radości, czy może trochę ze smutnej autorefleksji. Taki właśnie był „Berek 1, czyli upiór w moherze” warszawskiego Teatru Gudejko – bardzo współczesna, osadzona w naszych codziennych realiach sztuka Marcina Szczygielskiego zagrana głównie (i wyreżyserowana) przez rewelacyjną Ewę Kasprzyk, która wcieliła się w rolę zdewociałej, moherowej starszej pani. W pierwszej warstwie – tej szalenie zabawnej, opartej na społecznych niechęciach i animozjach, pokazuje nasze lęki, frustracje i fobie. Interakcje między moherem a „tym zboczonym pedałem” – wywołują salwy śmiechu, a w sztuce pojawiają się symbole błyskotliwie nawiązujące do kultury powszechnej – Nergal, lekarz pogotowia ratunkowego z Ukrainy czy Ojciec Rydzyk. Co ważne – wiele wynika tu z kontekstu, więc nawet siedzący na widowni Amerykanin ze słabą znajomością języka polskiego i naszych kulturowych kodów, mógł w dużej mierze załapać, o co w tej historii chodzi. Świetnym pomysłem było wprowadzenie akcentów muzycznych, które opowiadają obrazem i dźwiękiem o przeszłości głównych bohaterów, uzmysławiając odbiorcy skąd wzięły się u nich pewne poglądy, postawy i uwarunkowania. A Kamil Kula, śpiewający „C’est la vie” Andrzeja Zauchy jest jak wisienka na torcie, nie tylko dlatego, że ta piosenka jest ponadczasowa i po prostu piękna, ale przede wszystkim ze względu na analogię – Zaucha zginął przecież tragicznie w ’91 roku, zastrzelony przez zazdrosnego męża. Nie można też pominąć roli Joanny Jarmołowicz – córki moherowej Anny, której w sztuce przez większość czasu fizycznie nie ma. Nieobecność ta, kiedy w końcu bohaterka zjawia się w mieszkaniu swojej matki, porusza kolejne ważne kwestie, jakimi są love language, czyli język miłości oraz potrzeba nadmiernej kontroli. W polskiej tradycji formą okazywania miłości często jest karmienie – przygotowywanie całej masy jedzenia, gościnność, mniej lub bardziej delikatne „wmuszanie” posiłków. Zdanie, które pada z ust Małgorzaty „Ja się czuję gruba w środku” – obrazuje problem tysięcy kobiet. Mamy więc w „Berku” kilka warstw problemów społecznych, z którymi borykamy się w codziennym życiu. Mamy też pytanie, które nienachalnie, a jednak, nasuwa się po obejrzeniu tej sztuki – dlaczego wciąż musimy rozkładać takie kwestie na części pierwsze? Bo przecież umiemy żyć obok zła, nauczymy się wreszcie żyć obok siebie…
fot. Jerzy Cebula



I jeszcze „Pani Pylińska i sekret Chopina” w wykonaniu aktorów Agencji Artystycznej C.D.N. W Krakowie – to było naprawdę wyborne! Wspaniałe połączenie gry aktorskiej, wartkiej, lekkiej, miejscami zabawnej fabuły z muzyką Mistrza, której nikomu reklamować nie trzeba. Joanna Żółkowska, wcielając się w tytułową Panią Pylińską, mieszkającą w Paryżu (bo gdzieżby indziej!) ekscentryczną Polkę, nauczycielkę gry na fortepianie, powinna zostać okrzyknięta guru każdego systemu edukacji. Bo o tym właśnie – o sposobach nauczania – jest w sumie ta sztuka. Pani Pylińska kieruje się własnymi, oryginalnymi pomysłami, stosując metody dydaktyczne dalekie od tych mainstreamowych, opartych na klasyce i długowiecznej tradycji. Kiedy w jej salonie pojawia się młody miłośnik twórczości Chopina Eric-Emmanuel (w tej roli ulubieniec fanek polskich seriali Kacper Kuszewski), nauczycielka nie ustawia mu dłoni na klawiszach, nie uczy techniki, nie zmusza do żmudnego ćwiczenia gam i pasaży. Niespecjalnie zadowolona z poziomu gry, próbuje najpierw zniechęcić chłopaka do nauki, a następnie proponuje mu szereg pozornie dziwacznych ćwiczeń. Eric dostaje zakaz zbliżania się do fortepianu. W zamian ma zbierać w parku kwiaty, tak ostrożnie by nie strząsnąć z nich kropelek rosy, rzucać kamyki do stawu i obserwować, jak rozchodzą się kręgi na wodzie, kontemplować ruch liści na drzewach i wsłuchiwać się w ciszę. Takie ćwiczenia mają nauczyć go płynności ruchów, rezonansu i harmonii, otworzyć na piękno, poruszyć czułe struny w sercu. Niemal niezauważalnie Pani Pylińska zaczyna uczyć chłopaka nie tylko muzyki Chopina ale i samego życia – daje mu nawet wskazówki jak powinien kochać się z dziewczyną, twierdząc, że jest „za sztywny”. Nie wiedzieć kiedy Eric zakochuje się w swojej dziewczynie, a zakochany – zaczyna czuć muzykę całym sobą. Ogromne emocje budzi w nim także choroba i cierpienie ukochanej ciotki (Paulina Holtz), która jako pierwsza zaszczepiła w jego dziewięcioletnim sercu miłość do muzyki Chopina. I to właśnie te emocje wyzwalają w Ericu prawdziwy talent, pozwalają odkryć, że muzyką można wyrazić niemal wszystkie uczucia – miłość, smutek, radość, tęsknotę i gniew, a Pani Pylińśkiej pomagają zakończyć jego lekcje nauki gry na fortepianie w poczuciu spełnionej misji. Ogromną rolę w przedstawieniu odegrała (dosłownie, bo na koncertowym, pięknym, czarnym Kawai) Lena Ledoff, pochodząca z St. Petersburga pianistka i kompozytorka, która od prawie 30 lat mieszka i tworzy w Polsce. A sekret Chopina? No cóż… są tajemnice, których nie należy zgłębiać, tylko z nimi przebywać.
fot. Jerzy Cebula



Esencjonalna ta jesień bardzo. Bogata we wzruszenia, uniesienia, zachwyty, ciepłe dni, rdzewiejące buczyną wierchy, rydze, dobre książki, całkiem obiecującą poezję, nowe doświadczenia i piękne spotkania.
Dodaj komentarz