Pętle czasu

Czas się zapętla. Kręci te swoje koła nieustannie, uparcie. W nieuniknionej zmienności rzeczy są jednak zjawiska stałe, powtarzające się – może nie w idealny i dokładny, ale w wystarczająco oczywisty sposób. Bywały na wierchach lata suche i lata deszczowe i nikt nie mówił o zmianach klimatycznych, wtedy na tapecie była dziura ozonowa. Patrzyłam w niebo dziecięcym błękitem oczu (zszarzały mi potem jakoś w procesie nabierania szlifów) i bardzo chciałam tę dziurę zobaczyć. No bo jak wygląda dziura w niebie? I co w tej dziurze jest? Gwiazdy? Otchłań? Inny wymiar? Ojciec miał taką pracę, że mógł całe lato siedzieć na swojej grzędzie (tak nazywał toporną, drewnianą skrzynię na pościel i ręczniki, która nadal służy tym samym celom, tyle, że została przestawiona w inne miejsce izby po gruntownym remoncie) i pisać. Kreślił coś ręcznie albo stukał do późna w klawisze maszyny. Raz na tydzień schodził do Piwnicznej i gdzieś te teksty pocztą wysyłał. A lato upływało nam na zbieraniu ziół, grzybów i borówek, na wyprawach po mleko, przy ogniskach, na wieczornym czytaniu, a w późniejszych latach – na niekończących się rozgrywkach w remika i w tysiąca. Nie było tu wtedy prądu, gazu ani bieżącej wody. Po latach nie zmieniło się wiele – po wodę trzeba pójść do źródła, za potrzebą z saperką do lasu, ale mamy prąd z paneli słonecznych, co pozwala mi powtórzyć ten sam schemat – całe lato na wierchach z opcją pracy zdalnej. Technologia okazała się na tyle przydatna, że nie muszę tak często zaglądać na pocztę w Piwnicznej – co napiszę, ślę elektronicznie, a większość moich zleceniodawców nie ma pojęcia w jakich obłędnie pięknych okolicznościach przyrody powstają ich zamówione teksty i projekty graficzne.

Były też takie czasy, kiedy ojciec musiał z gór jednak zejść, czego wymagało chociażby jego coroczne zaangażowanie w nowosądeckie Święto Dzieci Gór. Zdarzało się wtedy, że któreś z nas (już w nastoletnim wieku) schodziło razem z nim, a uczestnictwo w koncertach i możliwość zerknięcia w to wydarzenie od kuchni, dawało nam poczucie bycia dopuszczonym do czegoś niezwykłego i niedostępnego innym śmiertelnikom. Pełno mieliśmy przyszywanych cioć i wujków, ale nikt nas jakoś specjalnie nie pilnował, czasami trzeba się było tylko zameldować, coś komuś zanieść albo przekazać. Bo nikt wtedy jeszcze nie chodził na smyczy smartfonów. Te wyprawy do świata miały w sobie mnóstwo magii i w pewnym sensie zdecydowały o naszych późniejszych życiowych fascynacjach i wyborach. W tym przypadku czas także zatoczył swoiste koło. Schodząc w ubiegły piątek na Pannonica Festival, z plecakiem pełnym cieplejszych i przeciwdeszczowych ubrań, trzymając za ręce dwa małe jeszcze szkraby, nie mogłam uniknąć kolejnego sentymentalnego powrotu do czasów własnego dzieciństwa. To wszystko już kiedyś się przecież zdarzyło – w innym czasie, w innej konstelacji, ale wciąż tu, w Dolinie Popradu. I chociaż zdecydowanie wolę ciszę i leśne, bezludne ostępy, czasami dobrze jest iść do ludzi, wyczołgać się ze swojej strefy komfortu, zmieszać się z barwnym tłumem skaczącym w rytm bałkańskich trąbek i puzonów. Nie wiem czy wystarczyłoby mi odwagi, by rozbić namiot i zamieszkać w wiosce festiwalowej, ale sama obecność na warsztatach i koncertach, zachłanne wciąganie w siebie tej energii i atmosfery; kolory, zapachy, brzmienia, wibracje – to MOC, której trzeba doświadczyć na własnej skórze. Naszym absolutnym faworytem tegorocznej, jubileuszowej 10. edycji Pannoniki został ukraiński zespół Yagody, choć przyznaję, ze względu na dzieciaki – nie widziałam wszystkich zespołów na żywo. Za to na Spotify mamy nową playlistę, którą puszczamy czasami, kiedy cisza wydaje się zbyt przytłaczająca.

Zdjęcia: Aneta Wójcik, Andrzej Wodziński (Muzyczny Kraków EU), Marcelina Kubiak

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *