
Znowu zrobiło się sentymentalnie, ale to chyba prawo jesieni – sentymentalizm, nostalgia, brodzenie we wspomnieniach jak w buczynowych liściach. Od jakiegoś czasu wstaję o szóstej i idę do lasu na godzinny spacer. Każdego poranka inne niebo otwiera się nad głową, czasem przemknie lasem sarna, zakracze przelatująca nad wierzchołkami jodeł wędrowna wrona. Las pachnie mocno, upojnie i słodko – mokrą ściółką, rozpadem, końcem kolejnej fazy istnienia. W rdzaworude, szeleszczące poszycie miękko wciskają się omszałe żywą zielenią głazy i powalone drzewa. O świcie schyłku jesieni las jest już cichy, zupełnie bezludny, a powietrze często zaskakująco ciepłe i parne.
Wędrując po okolicy, w końcu, nie wiem sama po ilu latach chcenia i planowania, udało mi się dotrzeć do Chaty pod Cyrlą. Szlaki puste, wietrznie, a w schronisku święty Piotr z herbatą i widoki nieziemskie na świat… a ta moja wędrówka niby po nowe (bo nie szłam jeszcze czerwonym szlakiem z Rytra w tym kierunku), ale w rzeczywistości powrót absolutny, podróż w czasie dobre dwie dekady wstecz, po to by poczuć, jak miodowe ciepło sączy się w komory serca, by zrozumieć, że są ludzie, którzy trwają i nieprzerwanie tworzą czystą, niespieszną energię przynależną górom.
Ta historia zaczęła się w ubiegłym wieku (jakkolwiek odlegle i dziwacznie to brzmi), w schronisku PTTK na Hali Łabowskiej – miejscu dla mnie i moich kultowym, pomimo wciąż zmieniających się gospodarzy i jakiegoś nieokreślonego braku duszy, który ciąży nad nim jak klątwa leśnych strzyg. Hala Łabowska miała swoją złotą erą, którą zapoczątkowali w 1993 Irena i Jacek Świcarzowie. Przez kilka lat schronisko tętniło życiem, pięknem, zachwycało i karmiło turystów lepiej niż niejedna restauracja w dolinach. Te lata to mój czas nastoletni, zaznaczony potrzebą szukania własnej tożsamości, niezależności, zbuntowany i butny. W chaosie nieuniknionego przepoczwarzania to góry pozwalały mi się uziemić, złapać kontakt z bazą. Mając siedemnaście lat znalazłam na Hali Łabowskiej, u Ireny i Jacka właśnie, sezonowe zatrudnienie na lato. I chociaż wytrzymali ze mną tylko trzy tygodnie – odebrałam pierwszą lekcję trzymania języka za zębami, poznałam świetnych ludzi, z którymi latami utrzymywałam potem kontakt i nazbierałam cały koszyk pięknych wspomnień. Sentyment pozostaje w człowieku nawet jak oberwie po uszach. Kiedy na początku XXI wieku schronisko przeszło w ręce nowego ajenta, a potem kolejnego, i jeszcze innego i następnego… złote czasy minęły nieodwracalnie. Powroty do tego miejsca stawały się coraz bardziej przygnębiające i nieraz żal dupę ściskał za utraconym. Słyszałam potem, że Irena i Jacek stworzyli swój dom, a zarazem prywatne schronisko górskie, pod Cyrlą, ale zniosło mnie za ocean i przez kolejne lata miałam do Nich zupełnie nie po drodze. Aż do wczoraj.
Ponoć na wszystko w życiu jest odpowiedni czas. A wczoraj właśnie przyszedł czas na tę wędrówkę. Moment, w którym człowiek po 25 latach odkrywa, że NSW smakują tak samo wybornie jak kiedyś (tyle, że zamawia je już kolejne pokolenie), słynna kiełbasa po łabowsku wciąż figuruje w karcie dań, a na ścianach wiszą malowane na szkle przez wspólną znajomą (tak, tak, kolejna ikoniczna postać z dzieciństwa) Matki Boskie oprawione w lipowe rzeźbione ramki – ten moment pozwala zakotwiczyć się w czasie, który na chwilę przestaje istnieć. I wiesz, że to jest ta chwila, o której lubią mówić coache i terapeuci, ta chwila, w której jesteś i poza którą nie ma zupełnie nic.
Idźcie do Chaty pod Cyrlą, niezależnie od tego, czy to będzie sentymentalny powrót, czy odkrywanie nowych miejsc. Idźcie koniecznie. Takich miejsc i takich ludzi powinno być więcej na świecie.





Dodaj komentarz