Romansowałam trochę z jazzem. Wcześnie zaczęłam, bo jeszcze w liceum, kiedy jakimś tam szpanem było chodzenie do krakowskiego „Harrisa” – na piwo, szluga (chyba maszyny do robienia dymu nie cieszyły się jeszcze wtedy zbyt dużą popularnością, więc się trzeba było zadowolić papierosowym) i muzę, której może i nikt z nas nie rozumiał, ale dobrze to wszystko razem wybrzmiewało.
Wiele lat później spotykaliśmy się w torontońskich klubach – i to były relacje bardziej świadome, dojrzalsze, zaangażowane. Raz nawet, na zaproszenie Jacka Rembeckiego, zdarzyło mi się zaśpiewać na Zaduszkach Jazzowych w polskim klubie w Mississauga – z Pawłem Pacanowskim zagraliśmy wtedy „Dwa serduszka cztery oczy” łącząc moją miłość do folkloru z jego miłością do jazzu.
A jednak jazz był dla mnie zawsze trochę z innej bajki. Z jakiegoś nieosiągalnego świata, niezupełnie mojego, a takiego, do którego czasami się w milczeniu tęskni. Trudno przecież przyznać się przed samą sobą do tęsknoty za czymś, co nijak nie przypomina własnego stylu życia.
Tomasz Wendt Quartet grają jazz do słuchania. Taki, który otwiera w głowie małe, skrzypiące drzwi do korytarza wyobraźni. Siedzę, słucham (bo trwa właśnie 5. Sącz Jazz Festival), a w myślach jestem już gdzieś zupełnie indziej. Dźwięk otula, uwodzi, prowadzi w noc. Deszcz pada, a ja łapię taksówkę i jadę przez mroczne ulice czarnym, lśniącym BMW, a ta muzyka sączy się cicho z głośników. Kierowca nie mówi nic, jest stary i czarnoskóry, więc może to Chicago, a może Nowy Jork (który kocham miłością szaleńca, na przekór wrodzonej niechęci do wielkich miast). Winda w drapaczu chmur sunie cicho do nieba. Z przeszklonego od podłogi do sufitu penthouse’u widać rozświetloną, wibrującą panoramę metropoli. Tu znów ten jazz w tle – rozczula i koi. Sterylnie, nowocześnie, minimalistycznie. Malbec w pękatym kieliszku, przyciemnione, miękkie światło. Czyjaś dłoń odgarnia mi włosy, czyjeś usta całują w szyję, w gęstniejącym powietrzu unosi się zapowiedź rozkoszy.
Chłopaki grają swój najnowszy album („Daily things”), płyną przez kolejne dni tygodnia, a ja siedzę otulona dźwiękami, zatopiona we własnych myślach i jest mi tak ciepło i błogo i trochę melancholijnie też. Bo może wcale nie trzeba znać się na jazzie, żeby z dziką przyjemnością się w niego zanurzyć, zmysłowo z nim poromansować, a potem wrócić do swojego chaotycznego świata pod lasem, na przeciwległym do wyobrażeń biegunie.
zdjęcia: Andrzej Rams





Dodaj komentarz